-Proszę, zgódź się, to tylko kilka dni..
Sama nie wiem po raz który powtarzałam te słowa. Wraz z Will'em i dziadkiem Peterem już od ponad godziny próbowaliśmy namówić Eleanor do mojego wyjazdu do Londynu. Kobieta była nieugięta. Ze stoickim spokojem siedziała w fotelu, wciąż sceptycznie przyglądając się mojej twarzy, jak gdyby chciała z niej wyczytać jakiś podstęp. Cała ta sytuacja zaczęła mnie już cholernie męczyć, dlatego totalnie zrezygnowana opadłam na sofę, wpatrując się w śnieżnobiały sufit. Traciłam nadzieję na to, że Eleanor kiedykolwiek zgodzi się na wyjazd. Byłam wściekła, chociaż przez cały ten czas starałam się to ukryć pod osłoną niewinnego uśmiechu i łagodnego głosu. Wybuch złości mógł mi jedynie zaszkodzić, a czułam, że zbliża się do mnie wielkimi krokami. W końcu miałam już osiemnaście lat, zostało mi pół roku do ukończenia szkoły, a moja zastępcza matka wciąż traktowała mnie jak dziecko, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nie chciałam nawet wyobrażać sobie, co stanie się, kiedy zawiadomię ją o swoich planach na przyszłość. Pragnęłam rozpocząć studia w Londynie na Akademii Sztuk Pięknych, z tym, że mój wyjazd do tego miasta nie równałby się z odcięciem się od wcześniejszego życia tak, jak to było w przypadku Stana. Mimo to bałam się reakcji Eleanor i wolałam jeszcze zaczekać z tą informacją.
-Chyba zwariowałam, ale.. Zgadzam się, jedź.
Z zamyślenia wyrwał mnie przyciszony głos brunetki. Błyskawicznie podniosłam się z miejsca, po czym cała w skowronkach doskoczyłam do niej, a z moich ust wyrwał się całkiem niekontrolowany okrzyk radości. Przytuliłam swoją opiekunkę z całych sił, podskakując do góry. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek byłam tak bardzo szczęśliwa, jak było to właśnie w tamtej chwili.
***
Powolnym ruchem przejechałam palcem po wyrytym w drewnie napisie, a na moich malinowych ustach pojawił się subtelny uśmiech. Kupiliśmy ten bumerang razem z Lou i Stanem podczas wakacji, które wspólnie z Eleanor i Will'em spędzaliśmy w Brighton, od tamtego momentu wymienialiśmy się nim co miesiąc. U każdego w domu zajmował honorowe miejsce, głupio to zabrzmi, ale owy bumerang stał się nieoficjalnym symbolem naszej przyjaźni. Oprócz wyrytych na nim naszych imion znajdował się tam napis "Zawsze wracam do Buenos Aires". Poprawiał mi humor w ten sam sposób za każdym razem, kiedy tylko na niego spoglądałam. Tak było i teraz. Nie wiem kto z nas i dlaczego napisał właśnie te słowa, ale nie miało to dla mnie znaczenia, była to moja ulubiona pamiątka. Kiedy tak przyglądałam się jej, całe zdenerwowanie, które mi towarzyszło, nagle gdzieś się ulotniło, a ja poczułam spokój. Wtedy poraz pierwszy od dłuższego czasu pomyślałam, że wszystko będzie dobrze.
Chwilę później wysoki, kobiecy głos obwieścił, że właśnie zatrzymaliśmy się na stacji w Londynie. Odetchnęłam głęboko, po czym szybko złapałam za uchwyt swojej torby, kierując swoje kroki do wyjścia z pociągu. Uśmiechnęłam się sama do siebie, spoglądając na wielki napis ''King's Cross", po czym rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciela.
-Lucy!
Usłyszałam gdzieś za sobą, dlatego bez zastanowienia odwróciłam głowę, jednak to co zobaczyłam wcale mnie nie ucieszyło, a wręcz przeciwnie. Szeroki uśmiech momentalnie zniknął z moich ust. Nie tego się spodziewałam.
-Stan? Gdzie jest Lou?
Kompletnie nie byłam na to przygotowana. Wciąż nastawiałam się na spotkanie z Tomlinsonem, które wbrew pozorom, wydawało mi się o wiele łatwiejszym, od tego ze Stanem. Louis wyciągnął do mnie rękę jako pierwszy, znowu zapragnął utrzymywać ze mną kontakt, natomiast Lucas od chwili ostatniej sprzeczki nie odezwał się do mnie nawet słowem. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Miałam ochotę uciec, jak najdalej, aby tylko uniknąć dalszej konfrontacji z chłopakiem.
-Ma sporo zajęć związanych z organizacją przyjęcia, coś mu wypadło, poprosił mnie, abym odebrał cię z dworca i przywiózł do niego.
Brunet był niezwykle opanowany. Jego głos nie zdradzał nawet najmniejszego zdenerwowania, podczas gdy ja niemal eksplodowałam z nadmiaru wrażeń. Nie uśmiechał się, co cholernie mnie zabolało, ale postanowiłam nie dać tego po sobie poznać. Nie mogłam mu dać satysfakcji z wygranej, choć zwycięstwo w tym pojedynku na uczucia bezapelacyjnie należało do niego. Ja nie potrafiłam być tak obojętna w stosunku do kogoś, kogo kiedyś uważałam za swojego przyjaciela.
-Rozumiem, prowadź więc.
Chłopak ruszył przed siebie, łapiąc bez pytania moją torbę i nie zaszczycając mnie nawet krótkim spojrzeniem, skierował się ku wyjściu. Bez głębszego zastanowienia ruszyłam za nim. Wyszliśmy na parking, a Stan sięgnął do kieszeni po kluczyki samochodowe. Nacisnął na guzik, a ja rozejrzałam się w poszukiwaniu pojazdu należącego do chłopaka. Czarny Range Rover dał o sobie znać, a ja prychnęłam cicho. Jeśli samochód naprawdę należał do Stana, to byłam niemal pewna, że nie zapłacił za niego sam, a Lou maczał w tym swoje palce. Pierwszy raz w życiu miałam nadzieję, że się mylę. W głowie nie mieściło mi się, aby kiedykolwiek przyjąć od kogoś coś, co kosztowało tyle pieniędzy. Jeśli Lucas to zrobił, to przestał być tym samym człowiekiem, którego znałam.
Droga do hotelu minęła nam w kompletnej ciszy, którą przerywały jedynie cichutkie dźwięki radia. Stan całą swoją uwagę skupił na prowadzeniu samochodu, natomiast ja nie odrywałam wzroku od widoków za oknem. Jedynie kątem oka widziałam, jak brunet napina wszystkie swoje mięśnie i zaciska szczęki z tą samą, grobową miną. Atmosfera była tak gęsta, że śmiało można było ją kroić nożem.
W końcu dojechaliśmy na miejsce, Stan wyłączył silnik, jednak wciąż wpatrywał się gdzieś przed siebie, a ja nareszcie odważyłam się na niego spojrzeć. Ta cisza mnie zabijała, była gorsza niż najokropniejsze wyzwiska. Zaczęłam się właściwie zastanawiać, co takiego mu zrobiłam, że był w stosunku do mnie aż tak okrutny. Trudno było mi uwierzyć, że jedna, nic nie znacząca kłótnia sprawiła, że nabrał do mnie aż tak dużego dystansu. Ta niewiedza mnie wykańczała.
-Stan, ja..
Zaczęłam, choć sama nie wiem, co tak naprawdę chciałam powiedzieć. Nie dane mi było jednak dokończyć, ponieważ w samochodzie rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu. Widziałam, że Lucas odetchnął z wyraźną ulgą, najwidoczniej taki obrót sprawy, jak najbardziej mu pasował.
-Halo? Tak, już jesteśmy. Okej. Na razie.
Rozłączył się, po czym po raz pierwszy od dłuższego czasu spojrzał prosto w moją twarz. Pustka w jego czekoladowych oczach przeszyła mnie na wskroś. Miałam wrażenie, że stałam się dla niego kimś zupełnie obcym, wszystko co nas kiedyś łączyło, każde wspomnienie, pękło niczym bańka mydlana, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Zachciało mi się płakać, bezradność wzięła nade mną górę. Przełknęłam głośno ślinę, po czym nerwowo założyłam kosmyk rdzawych włosów za ucho. Poczułam się tak cholernie nieswojo, że nie potrafiłam skupić swoich myśli na niczym konkretnym. Po prostu milczałam.
-Lepiej już idź, Lou zaraz będzie.
Mówiąc to, wysiadł z samochodu, wyciagnął moją torbę z bagażnika i postanowił ją na chodniku. Z jego ust nie wydobył się już ani jeden dźwięk, jedynie na pożegnanie kiwnął nieznacznie głową w moją stronę, po czym ponownie zajął miejsce kierowcy, zostawiając mnie samą z gigantycznym mętlikiem w głowie. Pojazd ruszył z piskiem opon, a mnie zrobiło się niesamowicie przykro. Znów poczułam się nikomu niepotrzebna. Może reagowałam na to wszystko zbyt emocjonalnie, ale nie potrafiłam inaczej. Stan zawsze był dla mnie kimś ważnym, tymczasem on potraktował mnie jak śmiecia. Kiedy tylko przypominałam sobie o sytuacji, która wydarzyła się przed momentem, miałam ochotę, jak najszybciej wracać do domu. To miał być najwspanialszy weekend w moim życiu, a póki co zaczynał się fatalnie.
-Mała jesteś! Wspaniale cię widzieć!
Nim się obejrzałam u mojego boku stał już Louis. Na jego widok wręcz nie mogłam się nie uśmiechnąć. Wtuliłam się w jego tors i przymknęłam oczy. Brakowało mi tego. Stęskniłam się za nim, a teraz w końcu mieliśmy szansę na spędzenie ze sobą chociaż odrobinę czasu. Nie mogłam tego zepsuć przez nieporozumienia pomiędzy mną, a Lucasem, dlatego postanowiłam zostawić to gdzieś daleko za sobą i przynajmniej na razie się tym nie przejmować. Ten dzień należał do nas.
-No i jak? Gdzie Stan? Pogodziliście się?
Nie odpowiedziałam. Spuściłam wzrok, a w moich zielonych tęczówkach momentalnie pojawiły się łzy. Byłam taka słaba, że sama czułam do siebie odrazę. Cały misterny plan nie zamartwiania się, trafił szlag.
-Chodź, nie przejmuj się, jeszcze się dogadacie.
Chłopak objął mnie ramieniem i biorąc do drugiej ręki moją torbę, poprowadził mnie do hotelowego wejścia. Dopiero wtedy zauważyłam, jak ogromny jest budynek, do którego weszliśmy. Hol powitał nas swoją elegancją i wystawnością, przez co poczułam się nieswojo. Takie miejsca oglądałam jedynie w filmach, a teraz miałam spędzić tutaj kilka najbliższych dni. To było niczym sen. Nie pasowałam tutaj, ale najwyraźniej Louis był przyzwyczajony do takich luksusów, więc udałam, że nie robi to na mnie większego wrażenia. Recepcja znajdowała się na samym końcu tego wystawnego holu, dlatego miałam dość czasu, aby nacieszyć oczy tym widokiem. Zza marmurowego blatu powitał nas uśmiech recepcjonistki, która swoją prezencją dorównywała eleganckiemu wystrojowi całego hotelu. Lou odwzajemnił uśmiech, a ja jedynie lekko uniosłam kąciki ust, ponieważ byłam onieśmielona.
- Poproszę klucz z apartamentu numer trzysta dwadzieścia.
Zatkało mnie na samo słowo "apartament", a jeszcze bardziej byłam zszokowana, gdy mój przyjaciel podał mi ten klucz.
- Możesz się iść odświeżyć i przygotować. Impreza zaczyna się o dwudziestej w sali bankietowej.
Louis cały czas promiennie się uśmiechał. Był jak ryba w wodzie. Ja niestety nie wiedziałam, co mam zrobić, gdzie iść. Jak zwykle czułam się zagubiona. Najwidoczniej chłopak to zaobserwował, bo po chwili dodał, że z chęcią odprowadzi mnie pod apartament, który znajdował się na dwudziestym piętrze.
Hej, hej! Przepraszam, że tak późno, ale miałam kilka spraw na głowie i brakło mi czasu na pisanie, ale już jestem z nowym rozdziałem. :) Na pocieszenie powiem, że w następnym pojawia się Harry! <3
Swoją drogą mam teraz kilka dni dla siebie, chętnie poczytałabym sobie coś fajnego, więc jeśli ktoś ma jakieś dobre opowiadanie do polecenia, to bardzo proszę. :)
Pis joł!