wtorek, 10 września 2013
Chapter VI
Rankiem obudził mnie mój dzwoniący telefon. Melodia znana z bajki o Kim Kolwiek rozniosła się po całym pokoju, a ja nieprzytomnie rozejrzałam się w poszukiwaniu urządzenia. Podczas kiedy ja usilnie próbowałam znaleźć go na swoim łóżku, on spokojnie leżał sobie na szafce nocnej, wydając z siebie coraz głośniejsze odgłosy. Jedyne o czym wtedy marzyłam, to aby w końcu go uciszyć i dać odpocząć swoim uszom.
-Halo?
Odezwałam się mocno zaspanym głosem i nim zdążyłam się powstrzymać, ziewnęłam prosto w słuchawkę telefonu. Ten postępek speszył mnie nieco, jednak byłam pewna, że osoba po drugiej stronie zrozumie to. W końcu była dopiero dziesiąta rano, a za mną prawie nieprzespana noc.
-Obudziłem cię? Przepraszam, ale skoro już nie śpisz, to może zjemy razem śniadanie?
Głos Lou brzmiał tak samo radośnie i pozytywnie, jak zawsze, a ja zastanawiałam się skąd ten chłopak ma w sobie tyle energii. Byłam pewna, że poszedł spać jeszcze później niż ja, o ile w ogóle poszedł, a mimo to w jego głosie nie można było usłyszeć nawet nutki zmęczenia. Byłam pełna podziwu, szczególnie zważając na swój obecny stan. Może i nie widziałam się jeszcze wtedy w lustrze, ale byłam w stu procentach pewna, że wyglądam fatalnie, bo tak też się i czułam. W Doncaster nieczęsto zdarzało mi się pojawiać na imprezach, właściwie to nie pojawiałam się na nich wcale, dlatego kompletnie nie przyzwyczajona do takiego trybu życia, przechodziłam teraz istną katorgę z silnym bólem głowy i suszą w ustach w roli głównej.
-Jasne, bardzo chętnie. Daj mi tylko chwilę, wezmę prysznic.
-W porządku, za pół godziny spotkamy się na holu. Do zobaczenia!
Rozłączył się, a ja z ciężkim bólem serca musiałam przyznać, że czas wyjść z łóżka i udać się do łazienki. Trzydzieści minut to naprawdę niewiele czasu, a ja byłam w wręcz opłakanym stanie, nie mogłam przecież tak pokazać się ludziom. Czym prędzej wyskoczyłam z łóżka i pognałam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic i nałożyłam delikatny makijaż. Poderwałam jeszcze z ziemi swoją torebkę i ruszyłam w stronę drzwi. Otwarłam je szybkim ruchem i wyszłam na zewnątrz, przez co o mało nie wpadłam na przyjaciela, który prawdopodobnie właśnie chciał zapukać. Uśmiechnęłam się szeroko na jego widok, po czym bez zastanowienia cmoknęłam jego policzek. Hotelowa restauracja znajdowała się na parterze, dlatego droga do niej zajęła nam chwilę, podczas której wymienialiśmy się wrażeniami z wczorajszej imprezy. Louis nadal był wyraźnie podekscytowany, dlatego ja również postanowiłam udawać, iż ta noc była jedną z najlepszych w moim życiu, co w gruncie rzeczy było całkowitym kłamstwem. Wciąż ściskało mnie serce, kiedy myślałam o tym, co się wydarzyło. Nie mogłam pozwolić sobie teraz na rozklejanie się, dlatego czym prędzej odrzuciłam od siebie te ponure wspomnienia.
-To co.. Może dziś pokażę Ci Londyn?
Spojrzał na mnie znad talerza, kiedy siedzieliśmy już przy jednym ze stolików. Ja jedynie kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam, gdyż właśnie przeżuwałam kolejny kęs swojego tosta. Cieszyłam się na ten dzień. Mieliśmy go spędzić tylko we dwójkę, więc była pewna, że nic nie będzie go w stanie zniszczyć. Ani pijany Stan, ani opryskliwy Harry, ani nic innego. Byłam tylko ja i Lou i na tym właśnie pragnęłam się skupić. Poza tym nigdy wcześniej nie byłam w Londynie, jedynie przejazdem, dlatego byłam bardzo podekscytowana na myśl, że w końcu będę miała okazję go zwiedzić i to jeszcze w takim towarzystwie. Tego dnia nic więcej nie było mi potrzebne. Postanowiliśmy nie tracić ani minuty i od razu po zjedzonym śniadaniu ruszyliśmy na miasto. Tomlinson chciał pojechać taksówką, jednak namówiłam go na przechadzkę. W końcu w ten sposób mogłam zobaczyć dużo więcej ciekawszych miejsc, a przede wszystkim poznać Londyn od podszewki. Błądząc uliczkami przyglądałam się każdej kamienicy, fontannie, mostowi, na które Louis najwyraźniej nie zwracał już najmniejszej uwagi. Byłam zachwycona. Londyn tak bardzo różnił się od Doncaster, że każdy, nawet najmniejszy jego element po prostu mnie fascynował. To nie to, że w Doncaster mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie, uwielbiałam je, jednak stolica to było coś innego, pewnego rodzaju odskocznia od tak dobrze znanych mi miejsc w rodzinnym mieście Lou. Po drodze próbowaliśmy nadrobić rozmową cały ten czas, podczas którego nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu. Louis opowiadał głównie o chłopakach z zespołu i o tym, jak bardzo się ze sobą zżyli, o fanach i o wszystkim, z czego tak naprawdę wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Dopiero wtedy zrozumiałam, że po udziale w programie całe jego życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Miał mniej czasu, niewiele prywatności, a ludzie, którzy go otaczali wciąż czegoś od niego chcieli. Był obserwowany przez media niemal przez cały czas. Życie pod okiem jupiterów naprawdę nie było łatwe. Ja natomiast pochwaliłam się swoją nową pasją i tym, że idzie mi całkiem nieźle z rysowaniem. Powiedziałam mu również o swoich planach na studia, o szkole, Johnsonach. W swojej opowieści ominęłam jednie fakt, że znowu zamknęłam się w swoich własnych czterech kątach i poza murami szkoły nie miałam żadnego kontaktu z rówieśnikami. Uznałam to za zbędne psucie atmosfery, dlatego postanowiłam to przemilczeć. Londyn pomimo wczesnej pory zalany był ludźmi, których tylko przybywało. Starałam się nie zwracać na nich większej uwagi, jednak uznałam to za ciekawy widok, ponieważ w rodzinnym mieście nie ma takich sytuacji. Staliśmy właśnie przed przejściem dla pieszych czekając na zielone światło, kiedy Louis złapał mnie za rękę i mocno pociągnął ku sobie. Spojrzałam na niego nieco zaskoczona, a on uśmiechnął się spoglądając gdzieś przed siebie i kompletnie nie zwracając uwagi na mój zdezorientowany wzrok skierowany właśnie na niego.
-Odczekaj chwilę i dopiero spójrz tam, gdzie ci wskażę..
Jego słowa jeszcze bardziej zbiły mnie z pantałyku, dlatego wciąż z lekkim zdziwieniem przyglądałam się jego twarz. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi i co miało znaczyć jego dziwaczne zachowanie, dlatego strasznie niecierpliwiłam się, kiedy tak przeciągał każde wypowiedziane słowo.
-Widzisz tego kolesia w szarej kurtce? Ten za czarnym Jeep'em?
Zgodnie z jego poleceniem odwróciłam delikatnie głowę i przelotnie zerknęłam w wskazane miejsce, po czym znów spojrzałam na przyjaciela. Wyglądało na to, że rzeczywiście miał rację. Jakieś dziesięć metrów dalej stał wysoki, ciemnoskóry mężczyzna z aparatem, który wyraźnie nam się przyglądał. Speszyło mnie to. Po raz pierwszy byłam w takiej sytuacji i choć Lou nic sobie z tego nie zrobił, to mnie obecność fotoreportera mocno poruszyła. Jak miałam zachowywać się swobodnie z myślą, iż przez cały czas jakiś obcy człowiek nam się przygląda?
-Chodzi za nami od samego hotelu.. Kiedy powiem "już", obrócisz się w jego stronę i zrobisz jakąś głupią minę, okej?
Lou był wyraźnie rozbawiony, a ja, choć jego słowa wydawały mi się absurdalne i niedorzeczne, nie protestowałam. Posłusznie, w całkowitym skupieniu, wyczekiwałam momentu, w którym chłopak wypowie "magiczne" słowa, na których dźwięk wykonam swoje zadanie. Czułam się idiotycznie, ale postanowiłam mu zaufać.
-JUŻ!
Niczym w szaleńczym amoku, ponownie odwróciłam głowę w stronę fotoreportera i wystawiłam w jego stronę język, figlarnie marszcząc przy tym nos. Kątem oka widziałam jednak, że Lou również szczerzy się do aparatu w zabawny sposób, co nieco dodało mi otuchy. Dopiero kiedy zaczęliśmy biec między uliczkami, aby zgubić dziennikarza, zrozumiałam, jak komiczna była ta sytuacja, dlatego trudno było dziwić się, że kiedy w końcu zatrzymaliśmy się z lekką zadyszką, oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem.
Wałęsaliśmy się po najważniejszych punktach Londynu przez jakieś dwie godziny, aż w końcu postanowiliśmy kupić bilety na London Eye i trochę odetchnąć. Całkowity czas trasy tego ogromnego diabelskiego młyna trwał około trzydziestu minut, więc mieliśmy chwilę, aby nabrać sił na dalszy podbój miasta. Zatopieni w rozmowie wchodziliśmy właśnie do jednej z kapsuł, kiedy nagle usłyszeliśmy przeraźliwy pisk, a zaraz potem do kabiny wpadła za nami nieco roztrzepana blondynka, która błyskawicznie pojawiła się u boku Lou. Przez jej radosne piski musiałam dyskretnie zatkać uszy, aby uchronić się od kompletnego ogłuchnięcia. Z całej tej sytuacji nietrudno było wywnioskować, że blondynka jest po prostu fanką One Direction, a tego dnia trafił jej sie istny złoty strzał i miała okazję spotkać swojego idola w tak zwyczajnych okolicznościach, jak te.
-Nie mogę w to uwierzyć! Louis Tomlinson!
Krzyczała, a wszyscy ludzie zebrani w kapsule, spoglądali na nią nieco wystraszonym wzrokiem. Faktycznie, zachowywała się nieco psychopatycznie, ale ja starałam się być wyrozumiała i wyobrazić sobie, co zrobiłabym, gdybym całkiem przypadkiem spotkała na ulicy Johnny'ego Deppa. Pewnie wyglądałabym zupełnie podobnie do niej.
-Mogę prosić o autograf?! I o zdjęcia, i o zdjęcie też!
Miała szeroki uśmiech wymalowany na twarzy, a do tego ton jej głosy wyrażał głębokie uwielbienie, przez co trochę mnie rozbawiła. Starałam się trzymać na uboczu i nie zwracać na siebie uwagi, jednak stało się to niemożliwym po tym, jak Lou podpisał się jej już po raz piąty i pozował do któregoś z kolei zdjęcia. Wiedziałam, że jest już troszkę poddenerwowany, jednak w żadnym wypadku nie dał tego po sobie poznać, za co cholernie go podziwiałam. Zespół wiele zawdzięczał fanom, dlatego też każdy jego członek starał się robić wszystko, aby jakkolwiek się im zrekompensować. To były proste sytuacje, takie jak ta, jednak dla niektórych znaczyły naprawdę bardzo wiele.
-Lucy chodź, powinnaś to zobaczyć, to naprawdę świetny widok.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Po raz kolejny tego dnia chwycił mnie za rękę i przyciągnął do ścianki kabiny, a wten moim oczom ukazał się naprawdę przepiękny obraz. Niesamowita panorama całego Londynu rozciągała się nad Tamizą, całkowicie zapierając mi dech w piersiach. Z pewnością dłużej zachwycałabym się tym obrazem, jednak blondynka po raz kolejny dała nam o sobie znać.
-Ale numer! Masz nową dziewczynę?
Oboje spojrzeliśmy w jej stronę nieco nieprzytomnym wzrokiem i nim zdążyliśmy jakkolwiek zareagować, dziewczyna zrobiła nam kolejne zdjęcie. Tak naprawdę było już za późno na jakiekolwiek wyjaśnienia, ponieważ blondynka wcale nie chciała nas słuchać. Mimo iż przez całą resztę trasy próbowaliśmy ją przekonać do tego, iż pomiędzy nami nie ma nic więcej poza przyjaźnią, ona najzwyczajniej w świecie nam nie wierzyła. Była ślepo przekonana o tym, że oboje próbujemy ukryć nasz związek, ale na szczęście dzięki niej i jej twitterowi cały świat pozna prawdę. Kiedy opuszczaliśmy London Eye, zrobiła nam jeszcze kilka fotek, na które my nie mogliśmy już nic poradzić. Odpuściliśmy. Przegadywanie się z tą dziewczyną, było niczym walka z wiatrakami. Po prostu nie do zwyciężenia.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo cieszę się, że zostajesz też na imprezie sylwestrowej. W końcu znowu jesteśmy razem, w trójkę, a do tego są tu teraz wszyscy moi przyjaciele.. To coś wspaniałego!
Trajkotał radośnie Louis, kiedy przechadzaliśmy się po placu zaraz obok Tower Bridge, a ja czułam się coraz gorzej. Bolało mnie to, że po raz kolejny będę zmuszona go rozczarować, ale nie mogłam postąpić inaczej. Nie wyobrażałam sobie kolejnego dnia w towarzystwie pijanego Stana, którego wręcz rozpierał żal do mnie. Mój dalszy pobyt w Londynie mógł tylko i wyłącznie wywołać kolejną awanturę, od czego bardzo się broniłam. Nie byłam w stanie raz jeszcze wysłuchiwać tych wszystkich obelg skierowanych pod moim adresem. Przez wydarzenia ostatnich dni praktycznie zapomniałam o tym, że kiedyś ja i on byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Po tym wszystkim co mi powiedział, nasza wspólna przeszłość wydawała mi się tak odległa, że aż nierealna. W każdym razie nie myślałam już o pogodzeniu się z Lucasem. Właściwie to pragnęłam teraz, abyśmy oboje zapomnieli o swoim istnieniu i po prostu najzwyczajniej w świecie się ignorowali. Obojętność była w tamtym momencie prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem. Niestety, nawet gdyby doszło do tego, iż rzeczywiście i ja, i on unikalibyśmy się jak ognia, pozostawała jeszcze kwestia niczego nieświadomego Lou, który za wszelką cenę chciał nas pogodzić, co kompletnie niweczyło mój plan. Nie potrafiłam dłużej słuchać o tym, jak bardzo cieszy się z mojego przyjazdu do Londynu i wspólnym spędzaniu sylwestra, do którego wcale nie miałam zamiaru dopuścić, dlatego czym prędzej musiałam przerwać tą farsę. Teraz albo nigdy.
-Louis posłuchaj, co do tego sylwestra, to.. Ja..
Czułam, jak z każdym, kolejnym słowem moje mięśnie się napinają, żołądek zawija się w pętelkę, a w gardle wyrasta wielka kula, przez którą nie potrafię wydusić z siebie już nic więcej. Spodziewałam się, że ta rozmowa nie będzie łatwa, jednak katorga, którą wtedy przeżywałam, przechodziła moje najśmielsze oczekiwania. Próbowałam właśnie wytłumaczyć, że planuję już jutro wrócić do Doncaster, kiedy po raz kolejny coś, a raczej ktoś bezczelnie mi przeszkodził.
-Cześć wam!
Z lekkim niedowierzaniem, a zarazem nieukrywaną irytacją spojrzałam w kierunku zbliżającej się ku nam postaci. Harry Styles we własnej osobie z beztroskim tonem głosu i szerokim uśmiechem na ustach sunął w naszą stronę. Z wszystkich możliwych momentów, on wybrał właśnie ten, który nie pasował mi najbardziej i nie wiem dlaczego, ale odniosłam wrażenie, iż zrobił to całkowicie celowo. Niewiele było osób, które w tak krótkim czasie potrafiły wyprowadzić mnie z równowagi, ale ten chłopak bez wątpienia do nich należał.
-O stary, cześć. Co ty tutaj robisz?
Chłopcy przywitali się ze sobą, przybijając sobie piątki, a ja stałam nieruchomo niczym słup soli, natarczywie wpatrując się w twarz 'przybysza'.
-Niall powiedział mi, że będziecie się gdzieś tu kręcić. Stwierdziłem, że przyda wam się towarzystwo.
Mówił to z taką swobodną, że miałam ochotę rozszarpać go na kawałeczki. Wprost nie mogłam uwierzyć w to, że z takim luzem podchodził do przerwania mi jednej z ważniejszych rozmów, którą musiałam przeprowadzić w owym czasie. Złość niemal ze mnie kipiała, a on kompletnie nic sobie z tego nie robił, a co więcej, wydawało mi się, że doskonale się przy tym wszystkim bawi.
-Właściwie to chciałem napić się teraz kawy..
Zaczął Louis, jednak najwyraźniej Harry nie miał zamiaru pozwolić dokończyć również i jemu, bo niemal od razu wszedł mu w słowo, popychając go lekko w stronę Starbucksa:
-To idź, my tu zaczekamy. Trzy razy karmelowe Frappuccino.
Tomlinson również wyglądał na co najmniej nieco skołowanego zachowaniem swojego przyjaciela, ale nie zadawał żadnych pytań i bez słowa po prostu ruszył w stronę wskazanego budynku. My natomiast staliśmy w milczeniu, a było tak przynajmniej do chwili, kiedy chłopak na dobre zniknął z naszego pola widzenia. Wiedziałam, że Styles tylko i wyłącznie czekał na ten moment.
-Nie możesz teraz wyjechać.
Rzucił, jak gdyby od niechcenia, a mnie totalnie zatkało. Co on sobie w ogóle myślał? Naprawdę wydawało mu się, że ma prawo decydować o tym co mogę, a czego nie mogę? Przecież prawie się nie znaliśmy, a on miał czelność powiedzieć mi coś takiego. Byłam wściekła, a on najwyraźniej to dostrzegł, bo kontynuował:
-Jedyną osobą, która powinna zrezygnować z tego sylwestra jest Stan, nie ty i dobrze o tym wiesz. Przemyśl to raz jeszcze, bo w przeciwnym razie Louis będzie musiał dowiedzieć się o tym co zaszło wczorajszej nocy.
Moje zszokowanie, a zarazem złość sięgały zenitu. Byłam niemal w stu procentach pewna, że moja twarz przybrała teraz kolor purpury i wyglądała tak, jakby miała za moment eksplodować. Targały mną tak silne emocje, że właściwie przestałam trzeźwo myśleć i choć gdzieś w głębi duszy zdawałam sobie sprawę z tego, że chłopak ma całkowitą rację, to nie potrafiłam się do tego przyznać, nawet przed samą sobą.
-Co cię to w ogóle interesuję, czy tu zostanę, czy nie?!
Krzyknęłam na tyle głośno, że para staruszków, która przechodziła niedaleko nas, spojrzała na mnie karcącym wzrokiem, niewiele sobie z tego zrobiłam, straciłam kontrolę nad swoimi czynami i choć cząstka mnie podpowiadała mi, iż nie powinnam tego robić, ja miałam niesamowitą ochotę wygarnąć Styles'owi co o nim myślę. Może zachowywałam się nieco jak rozchwiana emocjonalnie psychopatka, ale ciężko było mi się dziwić po tych wszystkich wydarzeniach, które wciąż mieszały mi w głowie i sprawiały, że traciłam zdrowy rozsądek. Prawdopodobnie nakręcałabym się dalej, jednak chłopak przerwał mi, mówiąc swoim ostrym tonem głosu.
-Nie zapominaj, że Lou to też mój przyjaciel. Za bardzo cieszył się z twojego przyjazdu, żeby teraz mu to zabierać i to przez tego idiotę Lucasa.
Bez wątpienia ciągnęłabym dalej tą jakże interesującą wymianę zdań, jednak zauważyłam zbliżającego się Lou. Nie miałam wyjścia, musiałam przemilczeć ostatnie słowa Harrego i komentarz do nich pozostawić dla siebie.
-Dzwonił Niall, powiedział mi, że mam nie być taki samolubny i przyprowadzić Lucy. Wszyscy chcą się spotkać. Wygląda na to, że nie mam cię już tylko dla siebie.
Louis podał mi mój kubek z kawą, tym samym puszczając mi oczko i dołączając do Stylesa, który szedł juz przed siebie. Ja uśmiechnęłam się jedynie niemrawo w jego stronę i ruszyłam za nimi. Wyglądało na to, że chcąc nie chcąc, muszę zostać w Londynie aż do samego sylwestra. Wcale mi się to nie uśmiechało, zważywszy na moje relacje z Lucasem, jednak wiedziałam, że nie mam wyboru. Z dwojga złego wolałam wytrzymać jakoś jeszcze te dwa dni, niż opowiedzieć Lou o swojej kłótni ze Stanem. No cóż, czekał na mnie naprawdę ciężki orzech do zrgyzienia, z którym musiałam niestety poradzić sobie zupełnie sama.
Jejuuuu, przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam! Po pierwsze za to, że tak długo nie dodawałam rozdziału, ale miałam, a właściwie dalej mam taką blokadę, że nie potrafię sklecić nic sensownego. Po drugie za to, że rozdział jest tak cholernie słaby, bo wiem, że jest. Chyba najgorszy jaki dotychczas napisałam, ale obiecuję poprawę! No i po trzecie za to, że mam na niektórych blogach zaległości z czytaniem i komentowaniem. Starałam się ostatnio wszystko nadrobić, dlatego jeśli jeszcze u kogoś nie skomentowałam, a zazwyczaj to robiłam, to przypominajcie o sobie, musiały mi te opowiadania po prostu gdzieś umknąć.
Następny rozdział za około tydzień. Postaram się, aby był dużo lepszy niż ten. :)
Dziękuję za wszystkie komentarze, jesteście dla mnie wielkim wsparciem, serio. <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)