czwartek, 11 sierpnia 2016
Did you miss me?
Dostaję od Was w ostatnim czasie naprawdę masę wspaniałych komentarzy i wiadomości. Wierzcie mi, że dzięki temu rzeczywiście chce się żyć! Kocham Was tak bardzo i chciałabym obiecać, że doprowadzę historię do końca, ale nie mogę tego zrobić, bo nie lubię rzucać słów na wiatr, a z moim zapałem bywa różnie. Mogę jedynie zapowiedzieć, że w przyszłym tygodniu pojawi się nowy rozdział! Cieszycie się? hih
sobota, 5 września 2015
Powrót?
Witam kochani. Z racji nagłych i dość nieprzewidzianych zmian w moim życiu, od kilku dni mam ogromne zasoby wolnego czasu i prawdę mówiąc, nie za bardzo wiem, co z nimi zrobić. Pomyślałam więc o powrocie do blogowania, pytanie jednak brzmi, czy ktoś miałby jeszcze ochotę czytać Whoppera, czy Stabilisera, a może kompletnie nowy projekt? Na każdą z tych opcji mam już coś tam przygotowane, nie wiem tylko, na czym faktycznie powinnam była się skupić. Dajcie znać co myślicie i do napisania, mam nadzieję! :)
czwartek, 31 lipca 2014
Chapter XVI
Pod presją nadchodzących wydarzeń nie miałam
czasu na ciągłe rozmyślania na temat Stana i jego orientacji. Dokładając do
tego moje przygotowania do rozmowy kwalifikacyjnej do Akademii Sztuk Pięknych,
mój umysł dodatkowo nie przejmował się rozterkami miłosnymi zwanymi Harry
Styles. Starałam skupiać się na nauce, ale przede wszystkim na przygotowywaniu
portfolio. Egzaminy końcowe nadchodziły wielkimi krokami, a co za tym szło,
również moje spotkanie z komisją. Czasami miałam wrażenie, że nie zachowuję się
jak typowy uczeń ostatniej klasy, ponieważ pisemne sprawdzanie mojej wiedzy w
ogóle mnie nie stresowało. Sprawa wyglądała zupełnie inaczej w przypadku mojej
wizyty w Akademii. Wiedziałam, że testy pójdą mi raczej gładko, ponieważ z
braku laku i tak przez całe ostatnie lata przykładałam się do nauki dużo
bardziej niż moi rówieśnicy, którzy woleli balować, niż przysiąść do książek.
Ostatnie dni przed wyjazdem do Londynu minęły mi
w zadziwiająco szybkim czasie. Pomiędzy pomaganiem Cassie w nauce, rysowaniem i
zwykłymi codziennymi sprawami nie zabrakło mi miejsca na rozmowy z moimi
przyjaciółmi z Londynu. Louis dzwonił do mnie średnio dwa razy na dzień i
zajmował mnie swoimi szalenie „ciekawymi” opowieściami o chłopakach z zespołu.
Lubiłam te nasze luźne konwersacje. Dzięki nim czułam jakbym wciąż była obecna
w jego życiu. To było naprawdę miłe. Z Harrym natomiast najczęściej wymieniałam
po kilkanaście smsów na dzień. Były one z reguły jałowe i tak naprawdę nie
wnosiły nic nowego do naszej relacji. Miałam świadomość, że nie jest to wina
Harrego, a jednak mimo to coraz częściej przyłapywałam się na tym, że jestem w
stosunku do niego oschła i opryskliwa. Bolało mnie, że nie było nam dane
porozmawiać jak ludzie i jedyne na co możemy sobie pozwolić to krótkie telefoniczne
pogawędki. W taki sposób zdecydowanie nie dało się wyjaśnić tych wszystkich
niedomówień, które pojawiły się między nami i właśnie ta świadomość
doprowadzała mnie szału. Nie chciałam być nieprzyjemna dla Hazzy, ale ta
cholerna bezsilność sprawiała, że zachowywałam się jak wariatka. Pewnie gdyby
nie fakt, że miałam na głowie dużo ważniejszych spraw, bezustannie
zamartwiałabym się i świrowała z tego powodu. Niespodziewane wiadomości od
Eleanor coraz częściej poprawiały mój nastrój. Dziewczyna pisała do mnie w
najbardziej nieoczekiwanych momentach, jednak najfajniejsze było w tym to, że
poruszała niezobowiązujące, przyjemne tematy, które odciągały moje myśli od
stresujących spraw wokół mnie.
Od samego rana biegałam jak poparzona, nie mogąc
znaleźć swojej ulubionej marynarki, którą planowałam założyć na tą ważną
okazję. Przeszukałam dosłownie cały swój pokój, lecz nigdzie jej nie było,
zupełnie jakby wyparowała. Byłam już bliska płaczu, kiedy całkiem przypadkiem
zerknęłam w stronę zapakowanej walizki, która stała tuż obok drzwi. Poczułam
się jak kompletna idiotka, zdając sobie sprawę z tego, że marynarka, której
szukałam przez cały ten czas, najzwyczajniej w świecie tam sobie leży,
spakowana i gotowa do tego, aby założyć ją na dzisiejsze spotkanie. Uderzyłam
się z otwartej ręki w czoło, po czym śmiejąc się cicho pod nosem do samej
siebie, mruknęłam:
- Lucy uspokój się, dasz sobie radę.
Mówiąc to, chwyciłam za rączkę swojego bagażu, po
czym ciągnąc go za sobą, ruszyłam w stronę schodów. Nie miałam jednak okazji na
zbytnie przemęczanie się, ponieważ niemal od razu doskoczył do mnie Will i
zabrał ode mnie walizkę, tłumacząc, że nie powinnam tyle dźwigać. Poczułam się
jak kobieta w ciąży, o czym nie omieszkałam mu powiedzieć.
- Daj mi sobie pomóc póki tutaj jesteś, kiedy
będziesz w Londynie, nie będę miał do tego okazji- mężczyzna uśmiechnął się
ponuro, a ja poczułam nieprzyjemny uścisk w gardle.
Właściwie dopiero teraz zdałam sobie sprawę z
tego, że wyprowadzka do Londynu to nie tylko same przyjemności powiązane z
bliskością przyjaciół, ale także cała masa przykrości, którą niosła ze sobą
rozłąka z moimi przybranymi rodzicami. Odkąd zamieszkaliśmy razem niewiele było
takich sytuacji, w których zmuszeni byliśmy rozstać się na dłużej niż tydzień.
Wcześniej nie myślałam o tym jak o problemie, jednak wtedy dotarło do mnie, że
w Londynie tak naprawdę będę zdana tylko i wyłącznie na siebie. To była
przerażająca perspektywa, szczególnie ze względu na to, że przez tych kilka lat
zdążyłam bardzo silnie przywiązać się do tej dwójki. Byli dla mnie nie tylko
jak prawdziwi rodzice, ale również jak najbliżsi przyjaciele, do których miałam
bezgraniczne zaufanie. Mogłam do nich przyjść z każdym problemem i wiedziałam,
że zawsze, bez względu na wszystko, zostanę wysłuchana. Byli dla mnie oparciem
zawsze wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałam i nigdy nie będę potrafiła
wyrazić słowami tego, jak bardzo jestem im za to wdzięczna.
- Kochanie chodź, spóźnisz się na pociąg- zawołał
Will, wyrywając mnie tym samym z głębokiego zamyślenia.
Potrząsnęłam delikatnie głową, po czym z
nieznacznym uśmiechem błąkającym się na moich ustach, dołączyłam do niego.
Eleanor czekała już na nas w progu i mimo iż próbowała się uśmiechać,
wiedziałam, że w środku jest kompletnie zrozpaczona. Z nas wszystkich to
właśnie ona najbardziej przeżywała każdy mój wyjazd, a ten był dla niej
wyjątkowo trudny, ponieważ stanowił piekielnie poważny krok do moje stałej
wyprowadzki do stolicy. Kochałam ją i serce pękało mi, kiedy musiałam patrzeć
na to jak bardzo się zamartwia. Jednego jednak byłam pewna w stu procentach-
nie zachowam się jak Stan i będę wracać do Doncaster tak często, jak tylko
będzie to możliwe. Najchętniej zabrałabym Johnsonów razem ze sobą, choć takie
rozwiązanie niestety nie wchodziło w grę i doskonale zdawałam sobie z tego
sprawę.
Wyszliśmy z domu, a William machinalnie ruszył w
stronę samochodu. Ja natomiast poczekałam aż Eleanor zakluczy drzwi i kiedy tak
się stało, kobieta obróciła się w moją stronę, a ja posyłając jej pokrzepiający
uśmiech, złapałam ją za rękę i poprowadziłam do pojazdu. Razem usiadłyśmy na
tylnych siedzeniach, wciąż ściskając swoje dłonie. To był niewielki, prosty
gest, jednak naprawdę potrafił silnie podnieść mnie na duchu i odgonić ponure
myśli. Czułam, że dla brunetki znaczy on tak samo dużo.
Droga na dworzec minęła w ekspresowym tempie.
Rozmawialiśmy o jakiś zupełnie nic nieznaczących drobiazgach, chociaż
oczywistym było to, że każdy z nas rozmyśla o dużo bardziej poważnych sprawach.
Najwyraźniej jednak nikt nie chciał zakłócić panującego w samochodzie spokoju i
wszyscy oddaliśmy się przyjemnej wymianie zdań, dzięki której nawet nie
spostrzegłam, kiedy byliśmy już na miejscu. Szybkim krokiem przemierzaliśmy
peron, aż w końcu znaleźliśmy się obok pociągu, który miał mnie zabrać do
Londynu. Postanowiłam ukrócić pożegnanie z Williamem i Eleanor, jak najbardziej
się tylko dało, a to wszystko dlatego, aby oboje dobrze wiedzieli, że jest to
jedynie chwilowy stan rzeczy. Uznałam, że jeśli pożegnamy się szybko i bez
większego dramatyzmu, uniknę okropnego poczucia winy, które pojawiało się we
mnie, kiedy tylko spoglądałam w sarnie oczy swojej opiekunki.
- El to tylko kilka dni, przecież wiesz-
mruknęłam jej do ucha, pokrzepiająco gładząc ją po plecach.
W pewnym sensie to było miłe, wiedzieć, że ktoś
tak bardzo się o mnie martwi, że nawet kilkudniowy pobyt poza domem potrafi go
wyprowadzić z równowagi. Jednak z drugiej strony było mi po prostu przykro, że
muszę stawiać Eleanor w takiej sytuacji. Kobieta wiele dla mnie poświęciła,
oddała mi się cała, kiedy tylko po raz pierwszy pojawiłam się w ich domu. To
było niesamowite i nigdy jej tego nie zapomnę i to właśnie dlatego tak ciężko
było mi ją zostawiać. Ów wyjazd był jedynie przedsmakiem tego, co miało
wydarzyć się już niebawem i wiedziałam, że z tym będzie się jej jeszcze
trudniej pogodzić. Byłam jej oczkiem w głowie, więc to że nie będziemy się
widywać przez kilka miesięcy z całą pewnością było dla niej czymś trudnym, co
sama rozumiałam.
- Wiem, po prostu dużo zależy od tej rozmowy z
dziekanem.. Jeśli dobrze ci pójdzie, będzie to oznaczało, że naprawdę nas
zostawisz. To nie tak, że ci nie kibicuję, bo wiesz, że chcę dla ciebie jak
najlepiej, ale kiedy pomyślę o tym, jak pusto będzie w domu bez ciebie- urwała
i parsknęła cicho, próbując stłumić w sobie szloch, który coraz silniej
próbował wyrwać się z jej gardła.
- Będę często przyjeżdżać! W końcu nie wytrzymam
zbyt długo bez twojej kuchni- uśmiechnęłam, zachęcająco spoglądając na jej
zarumienioną twarz.
Byłam raczej słaba w pocieszaniu, a moje
nieudolne próby rozbawienia kogokolwiek zazwyczaj kończyły się fiaskiem, ale
naprawdę robiłam co tylko w mojej mocy, aby chociaż odrobinę poprawić jej
humor. Kobieta posłała mi jedynie blady uśmiech, ponownie zagarniając mnie do
silnego uścisku.
- Z resztą.. Jeszcze nie wiadomo, czy się
dostanę, to tylko głupia rozmowa wstępna. Jest sporo kandydatów, a ja nie
jestem aż tak dobra- wtrąciłam szybko.
- Jesteś świetna i na pewno się dostaniesz, a my
będziemy z ciebie bardzo dumni, już jesteśmy- najwyraźniej Will nie potrafił
dłużej tak po prostu bezczynnie przysłuchiwać się naszej wymianie zdań i
postanowił wkroczyć do akcji.
On zawsze wiedział co powiedzieć. Był idealnym
wzorem głowy rodziny. Troskliwy, opiekuńczy, ale też stanowczy, jeśli właśnie
tego wymagała sytuacja. Dawał nam poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa i choć
Eleanor była naprawdę silną kobietą, to wiedziałam, że to właśnie on często
bywa jej podporą i bezustannie trzyma w ryzach całą naszą rodzinę. W gruncie
rzeczy William bardzo przypominał mi mojego prawdziwego ojca i dzięki czemu był
mi jeszcze bardziej bliski.
- Oh, dobrze już! Koniec tego, bo wszyscy się
rozpłaczemy, a twój pociąg zaraz odjeżdża- rzuciła w końcu El, ocierając przy
tym łzy, które niebezpiecznie gromadziły się w kącikach jej oczu.
- Masz rację, powinnam już iść. Odezwę się po
wszystkim, kiedy będę u Louisa. Do zobaczenia!- mówiąc to, odwróciłam się na
pięcie i ciągnąc za sobą swój bagaż, wsiadłam do pociągu.
Zajęłam jedno z wolnych miejsc przy oknie i po raz
ostatni pomachałam do swoich przybranych rodziców. Zaraz potem maszyna ruszyła,
powoli tocząc się po torach w stronę Londynu. Ciężko było mi określić swój
nastrój. Mieściło się we mnie tyle sprzecznych emocji, że nazwanie tego stanu
jednym słowem było po prostu nierealne. Stres i zdenerwowanie wynikające z
nadchodzącej rozmowy z dziekanem, smutek, który towarzyszył mi za każdym razem,
kiedy opuszczałam Doncaster, ale przede wszystkim ekscytacja. Po kilku długich
tygodniach rozłąki znów miałam zobaczyć się z przyjaciółmi i to właśnie ta
świadomość sprawiała, że czułam się taka nakręcona. Miałam cholerne szczęście,
że akurat w tym terminie Louis, Harry i reszta chłopaków również są w stolicy.
Wiedziałam, że to tylko chwilowy stan, wynikający z tego, że mają krótką
przerwę od koncertowania, dlatego tym bardziej byłam zadowolona, że udało mi się
ustawić taki, a nie inny termin rozmowy wstępnej. To byłoby przykre- być w
Londynie i nie móc się z nimi spotkać. Na szczęście tym razem los się do mnie
uśmiechnął.
Droga w sporej mierze minęła mi przy słuchaniu
muzyki, ale również zdążyłam w tym czasie wymienić kilka krótkich smsów z panną
Candler, umawiając się z nią na kawę. Właśnie zbierałam się do wyjścia, kiedy
mój telefon dał o sobie znać. Byłam przekonana, że to nic innego jak wiadomość
od Eleanor z adresem i nazwą lokalu, w którym mamy się jutro spotkać, ale jak
się chwilę później okazało w mojej skrzynce odbiorczej czekała na mnie miła
niespodzianka.
Nie mogę się doczekać, aż w końcu Cię zobaczę. XX
Poczułam jak przyjemna fala ciepła rozchodzi się
po całym moim ciele w momencie, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że to sms od
Harrego. Tego dnia jeszcze się nie kontaktowaliśmy, dlatego euforia, w którą
całkiem nieświadomie popadałam, była coraz większa.
Z szerokim uśmiechem na ustach wysiadłam z
pociągu i niemal od razu skierowałam swoje kroki do łazienki z zamiarem
poprawienia makijażu i stroju. Uznałam, że najlepiej będzie jeśli pojadę do
Akademii prosto z dworca, a dopiero później udam się do domu przyjaciół. Dobrze
wiedziałam, że spotkanie z chłopakami doszczętnie mnie rozstroi, przez co
spotkanie z dziekanem może nie pójść po mojej myśli, a na to nie mogłam sobie
pozwolić. Dostanie się na sztukę było teraz numerem jeden na liście moich
priorytetów i miałam zamiar zrobić dosłownie wszystko, aby tak właśnie się
stało.
Poprawienie stanu mojej twarzy, włosów i stroju
nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Szybko się ze wszystkim uporałam i bez
zastanowienia pomknęłam na postój taksówek. Ktoś tam na górze wyraźnie życzył
mi dziś wszystkiego co najlepsze, bo gdy tam dotarłam, kilku taksówkarzy wciąż
czekało na nowo przybyłych klientów. Podeszłam do pierwszego z brzegu i podając
mu swój bagaż oraz kartkę z odpowiednim adresem, wsiadłam do pojazdu. Lubiłam
podróżować ulicami Londynu. Mimo iż byłam tutaj już naprawdę wiele razy, to
miasto nadal tak samo fascynowało mnie swoim pięknem. Zatłoczone chodniki,
sznury samochodów, wyszukana architektura, mogłam przyglądać się temu
godzinami, a i tak by mi się nie znudziło. Tak było i tym razem. W ciszy
przyglądałam się mijanym budynkom i z uwagą obserwowałam każdy, najmniejszy
element wszystkich konstrukcji. Ciężko było nudzić się w tym tętniącym życiem
mieście. Miałam nieodparte wrażenie, że każdy przyjezdny jest w stanie znaleźć
tu coś dla siebie i wiedziałam, że ze mną będzie podobnie. Londyn otwierał
przede mną masę drzwi ku rozwijaniu mojego zainteresowania sztuką, czego
niestety cholernie brakowało w Doncaster. Tutaj była galeria na galerii. Ciągłe
wernisaże, wystawy, wszelkiego rodzaju konkursy, dzięki temu wszystkiemu będę
mogła obcować ze sztuką niemal przez cały czas, co okazało się kolejnym wielkim
plusem wyprowadzki. Zdawałam sobie sprawę ze swojego szczęścia, które wiązało
się z tym, że miasto nie było o tej godzinie zakorkowane, ale mimo to nawet
taki zastój na drogach nie zmieniał mojej opinii o Londynie. Moje
przeświadczenie o tym, że to jest moje miejsce umocnił widok Akademii.
Osiemnastowieczny, monumentalny budynek wyłonił się zza rogu, a ja na moment
zapomniałam, jak się oddycha. Bez słowa wysiadłam z taksówki, wręczając
taksówkarzowi należną gotówkę, nie odrywając przy tym wzroku od dziedzińca.
Dopiero wtedy poczułam klimat tego miejsca. Jedni studenci przechadzali się
spokojnie po kampusie, drudzy nerwowo biegali z miejsca na miejsce. Widać było,
że zbliżają się egzaminy, ponieważ każdy miał w ręku plik notatek. Może zabrzmi
to głupio, ale chciałam już być na ich miejscu. Biorąc głęboki oddech weszłam
do budynku i skierowałam się w stronę gabinetu dziekana. Miałam jeszcze chwilę czasu,
dlatego usiadłam na pobliskiej ławce, aby spokojnie sobie zaczekać. Korytarz
wypełniony był różnego rodzaju obrazami, rzeźbami i instalacjami. Z zachwytem
podziwiałam każde dzieło, dopóki nie usłyszałam swojego nazwiska. Z początku w
ogóle nie ruszyłam się z miejsca, ponieważ tak naprawdę nie wiedziałam, co mam
zrobić. Byłam przerażona. Ręce miałam mokre od potu, głowa aż rozbolała mnie ze
zdenerwowania, a do tego trzęsłam się jak galareta. Właściwie to czułam się
tak, jakbym zaraz miała zwymiotować, dlatego postanowiłam nie czekać już ani
sekundy dłużej. Podniosłam się z marmurowej ławki, na której siedziałam i
chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę mosiężnych drzwi, za którymi czekała mnie
najważniejsza, a zaraz najbardziej stresująca rozmowa w moim życiu. Niepewnym
ruchem ręki pchnęłam drewno, po czym nieśmiało wkroczyłam do środka. Moim oczom
ukazało się pokaźnych rozmiarów pomieszczenie urządzone w staroświeckim i
bardzo eleganckim stylu. Stało tam kilka starych regałów z książkami o grubych
oprawach, z cztery, czy pięć przerażająco wyglądających rzeźb czegoś, co nie
przypominało mi kompletnie żadnego konkretnego kształtu, gustowna sofa, toporne
biurko oraz dwa krzesła, znajdujące się po dwóch stronach blatu. Dopiero na
samym końcu moje spojrzenie spoczęło na mężczyźnie w średnim wieku, który
zajmował jedno z krzeseł i spoglądał w moją stronę znad swoich okularów
połówek.
- Panna Croft, bardzo mi miło, Nathaniel Moser,
dziekan- mężczyzna podniósł się ze swojego miejsca, wyciągając rękę ku mnie.
Wyglądał na około czterdzieści, może czterdzieści
dwa lata. Był schludnie ubrany i uczesany. Mówił z silnym, londyńskim akcentem,
co z pewnością było efektem długoletniego życia w tym mieście. Pomimo ostrych
rysów twarzy sprawiał wrażenie człowieka stonowanego, ale raczej sympatycznego.
Uznałam, że nie najgorzej to wróży. Uścisnęłam więc jego dłoń, posyłając mu przy
tym delikatny uśmiech, po czym zajęłam miejsce, które mi wskazał. Moser kątem
oka zerknął na tubę z pracami, którą dzielnie dzierżyłam w dłoniach, po czym
przeczesał palcami swoje gęste, blond włosy i również usiadł.
Przez cały czas trwania rozmowy próbowałam się
rozluźnić, dlatego w jej trakcie przestałam w końcu siedzieć tak sztywno i
nareszcie nieco wyluzowałam. Nie byłam może całkowicie zrelaksowana, aczkolwiek
nie spinałam się już tak bardzo na każde padające z ust mężczyzny pytanie.
Atmosfera w pomieszczeniu z minuty na minutę robiła się coraz to bardziej
przyjemna, aż ostatecznie na sam koniec uznałam, że wszystko wyszło całkiem
nieźle i tak naprawdę niepotrzebnie się tym wszystkim aż tak bardzo
przejmowałam. Pan Moser okazał się być naprawdę miłym i wyrozumiałym
profesorem, a jego podejście do sprawy tylko i wyłącznie utwierdziło mnie w
przekonaniu, że naprawdę bardzo mocno pragnę dostać się na tutejszą uczelnię.
Po wszystkim po prostu pożegnałam się z nim grzecznie i wyszłam. Czułam się
wyśmienicie z myślą, że cała rozmowa przebiegła właśnie tak, jak sobie tego
życzyłam. Może i nie gwarantowało mi to pewnego miejsca na uczelni, ale i tak
byłam z siebie zadowolona. Nie dałam zjeść się nerwom i to było najfajniejsze.
Właśnie mocowałam się z bagażem, aby jak najszybciej znieść go ze schodów prowadzących do wyjścia z budynku, kiedy
usłyszałam dzwonek swojego telefonu. W mgnieniu oka wygrzebałam go ze swojej
torby, po czym naciskając zieloną słuchawkę, odebrałam.
- I jak, już po? Jeśli tak, to jestem w okolicy,
mógłbym po ciebie podskoczyć za parę minut.. Nie musiałabyś się tułać
autobusem, czy taksówką- przejęty głos Tomlinsona zabrzmiał w słuchawce, a na
moich ustach automatycznie pojawił się szeroki uśmiech.
- Tak, właśnie skończyłam, później ci wszystko
opowiem- powiedziałam spokojnie, znowu szarpiąc za rączkę walizki, którą jak na
złość nie chciała ustąpić.
Złośliwość rzeczy martwych nie znała granic i gdy
tylko udało mi się wyciągnąć tą przeklętą rączkę, wyślizgnęła mi się z ręki z
powrotem wpadając do środka. Przeklęłam w myślach, uderzając w nią czubkiem
buta, zapominając, że nadal jestem na linii z Tommo.
- Świetnie, w takim razie czekam na parkingu
przed uczelnią- powiedział niczym niewzruszony – Nie kop jej, ona też ma
uczucia.
Zmarszczyłam nos, głęboko zastanawiając się nad
słowami chłopaka, z których kompletnie nic nie zrozumiałam. Dopiero po chwili
uniosłam głowę, rozglądając się po parkingu i zauważając czarny samochód
przyjaciela. Louis zaparkował na miejscu przeznaczonym dla grona
uniwersyteckiego, a jako że było to niedozwolone dla osób postronnych,
dostrzegłam go od razu. Pędem rzuciłam się w jego stronę, ciągnąc tę cholerną
walizkę jak osoba niedołężna. Gdy tylko znalazłam się przy jego samochodzie,
chłopak wyszedł i od razu wpadłam w jego ramiona, nie chcąc go wypuścić. Coraz
lepiej radziłam sobie z naszymi rozstaniami. Możliwe, że było to spowodowane
tym, że moja przeprowadzka do Londynu zbliżała się wielkimi krokami. Nie
chciało mi się już tak bardzo płakać i udało mi się poskromić łzy, zanim
weszliśmy do samochodu. Lou wrzucił moją walizkę do bagażnika, a ja wygodnie
rozsiadłam się na miejscu pasażera.
- Wcale nie byłeś w okolicy, prawda?- spytałam
rozbawiona, gdy Tomlinson odpalił silnik.
- Nie, ale wyszedłbym na totalnego głupka, gdybym
powiedział, że sterczę tu od ponad godziny.
Zaśmiałam się lekko, odwracając głowę w stronę
szyby i uśmiechając się jak kretynka. Nie minęło kilka sekund, kiedy
pogrążyliśmy się w rozmowie, nawzajem wymieniając się bieżącymi informacjami.
Buzie nam się nie zamykały, dlatego zrobiło mi się trochę przykro, gdy samochód
się zatrzymał , co znaczyło, że byliśmy już pod
domem. Nie żebym się nie cieszyła. Po prostu chciałam spędzić więcej
czasu sam na sam z Louisem, bo potem mieliśmy iść na kręgle z chłopakami.
Oczywiście ten pomysł przypadł mi do gustu, jednak aktualnie pragnęłam po
prostu porozmawiać z Louisem. Przez jeden krótki moment przeszła po mojej
głowie myśl, aby zagadnąć o Stanie i o tym, o czym dowiedziałam się na imprezie
w Breakdown, na szczęście bardzo szybko okazało się to niemożliwe. Rozmowa na
ten temat musiała poczekać, z czego byłam całkiem zadowolona. Ostatnimi czasy
niewiele miałam możliwości do myślenia na ten temat, a co się z tym wiązało,
nie miałam pojęcia jak w delikatny sposób poruszyć tą kwestię.
Przez podróż i rozmowę z dziekanem prawie
zapomniałam, że nie jadłam nic od śniadania i mój brzuch domagał się
pożywienia. Zaproponowałam więc, żebyśmy zamówili coś z mojej ulubionej
chińskiej restauracji. Za każdym razem, gdy byłam w Londynie, stołowaliśmy się
tam, co stało się nieodłączną tradycją każdej wizyty. Lou nie protestował, a ja
cieszyłam się, że po raz kolejny będę mogła posmakować najlepszego makaronu z
warzywami i kurczakiem w całej Anglii.
- Idź zapytaj Harrego, czy czegoś nie chce, chyba
jest w swojej sypialni, a ja zaniosę twój bagaż do pokoju
gościnnego, w porządku?
Kiwnęłam jedynie głową i rozradowana zaczęłam
wspinać się po schodach na górę, gdzie mieścił się pokój Stylesa. Podeszłam do
drzwi i lekko w nie zapukałam. Musiały być otwarte, bo niemal od razu się
uchyliły. Zagryzłam delikatnie kącik dolej wargi, po czym wślizgnęłam się do
środka.
- Harry?- zawołałam cicho, rozglądając się po
pomieszczeniu.
Byłam w tym domu już kilka razy, jednak nigdy
wcześniej nie wchodziłam do pokoju Loczka, przez co teraz czułam się nieco
skrępowana. Usłyszałam szum wody, dotarło więc do mnie, że chłopak z pewnością
bierze prysznic.
- Hazz, zamawiamy z Lou jedzenie i chciałam
zapytać, czy..- urwałam, kiedy niespodziewanie mój wzrok spoczął na obrazach,
które wisiały tuż nad łóżkiem bruneta.
Zatrzymałam się w pół kroku, nie mogąc uwierzyć w
to co widzę. Sama nie potrafiłam opisać tego uczucia. Na początku zrobiło mi
się gorąco i czułam, jakby ktoś sobie ze mnie żartował. Następnie miałam ochotę
wyjść i trzasnąć drzwiami, aby uciec jak najdalej. Złość kumulowała się we mnie
niczym deszczowe chmury przed ulewą. A najbardziej ze wszystkiego chciało mi
się po prostu płakać. Nie docierało do mnie, że Harry mógł mnie tak oszukać.
Miałam go za osobę szczerą i taką, na której mogę zawsze polegać, a tymczasem
okazało się, że zwodził mnie przez cały ten czas. Wszystkie nasze rozmowy i
zwierzania przybierały zupełnie nowych kolorów. Już nie były tak przejrzyste,
jak mi się wydawało. Stały się nagle fałszywe i najzwyczajniej w świecie
nieprawdziwe. Zawiodłam się i to w najbardziej okrutny sposób. Otwarłam przed
Harrym swoje serce, pokazałam mu swoje lęki i obawy w nadziei, że pomoże mi
przez to przebrnąć. Tymczasem on wykorzystał to manipulując moimi uczuciami,
aby osiągnąć wyznaczony sobie cel. Mój umysł nie potrafił zrozumieć, dlaczego
to zrobił. Tyle zagrywek, aby zdobyć moje pieprzone obrazy? Z jego sławą i jego
pieniędzmi mógł mieć dzieła najlepszych malarzy, a tymczasem postanowił zrobić
sobie ze mnie żart. Bo tak to odbierałam. Jako jeden wielki żart. Robiło mi się
niedobrze na samą myśl, że pieniądze, które dostałam za te autoportrety należały
do Harrego Stylesa i jedyne na co miałam teraz ochotę to rzucić mu nimi w
twarz.
Nagle drzwi do łazienki otwarły się, a zaraz
potem wyłoniła się z nich postać Harrego. Jego włosy były mokre i w kompletnym
nieładzie, a po nagim torsie wciąż spływało kilka kropelek wody. Biodra
przepasane miał śnieżnobiałym ręcznikiem i jestem pewna, że w innej sytuacji
przyprawiłoby mnie to o palpitację serca i niemałe skrępowanie, jednak teraz
nie zwróciłam na to kompletnie żadnej uwagi. Chłopak najwyraźniej zauważył, że coś
jest nie tak, bo jego mina przybrała raczej nietęgi wyraz. Nie mogłam na niego
patrzeć. Odwróciłam więc wzrok, na nowo wbijając go w swoje obrazy, a raczej
obrazy, które kiedyś namalowałam, a teraz należały do Harrego.
- Lucy.. Daj mi to wytłumaczyć, chciałem ci
powiedzieć. Ja..
- Nie. Miałeś rację.. Osoba, która kupiła moje
obrazy jest dla mnie nikim.
Zacytowałam jego własne słowa, które miały mu dać
do zrozumienia jak obłudną osobą jest. Mam nadzieję, że pamiętał, jakimi
kłamstwami mnie karmił przez całą naszą znajomość. Wbił sobie nóż w plecy,
który sam zbudował ze swoich słów. Posyłając mu pełne nienawiści spojrzenie,
demonstracyjnie trzasnęłam drzwiami i wyszłam. Nie miałam ochoty słuchać jego
wyjaśnień. Właściwie nie miałam ochoty nawet przebywać z nim w jednym
pomieszczeniu po tym, jak perfidnie mnie okłamał, ale wiedziałam, że na czas
pobytu w Londynie muszę jakoś to wytrzymać. Louis nie wiedział o wszystkim co
zaszło pomiędzy mną, a Harrym, dlatego nie mogłam pozwolić sobie na jawną niechęć
wobec niego. Ł zy cisnęły się na moje oczy, ale wiedziałam, że nie jest to czas
na rozklejanie się. Przynajmniej do wieczora musiałam udawać, że wszystko jest
w porządku i że szalenie cieszę się z wizyty u przyjaciół.
- I jak? Chce coś?- głos Tomlinsona kompletnie
wybił mnie z rozmyślenia.
Spojrzałam na niego nieprzytomnym wzrokiem, po
czym uśmiechnęłam się niemrawo i odrzekłam:
- Nie, powiedział, że nie jest głodny.
***
Tak jak wcześniej planowaliśmy, całą paczką
wybraliśmy się do kręgielni. Miło było po takim czasie zobaczyć również Nialla,
Liama i Zayna. Może z nimi nie byłam aż tak blisko jak z Lou, czy jak wcześniej
z Harrym, ale ich towarzystwo również sprawiało mi wiele radości. Mój przyjazd
nie był dla nich już aż tak ekscytującym wydarzeniem jak wcześniej, ale tak czy
inaczej każdy z nich ciepło mnie przywitał. Szczególnie uradowany z mojej
wizyty wydawał się być Niall, który bezustannie zajmował mnie rozmową i
dowcipami. Cieszyłam się, że blondyn nie odstępuje mnie ani na krok, bo dzięki
temu nie byłam skazana na towarzystwo Harrego. Czułam na sobie jego wzrok,
jednak postanowiłam nie zawracać sobie nim głowy i po pewnym czasie przestałam
zwracać na niego uwagę.
- Mam pomysł! Powinniśmy zagrać drużynami, będzie
zabawniej! – rzucił na początku Tommo, wiążąc swoje stylowe buty do kręgli.
- Okej, ja jestem z Lucy! – Irlandczyk oplótł
mnie ramieniem, uśmiechając się szeroko.
- Niall, daj spokój, jesteś do bani jeśli chodzi
o kręgle. Lucy jest dziewczyną, więc przysługuje jej ktoś dobry w drużynie -
powiedział Liam. - Nie obraź się Lucy, nie mam na myśli tego, że dziewczyny są
gorsze, czy coś.
Moje myśli wirowały gdzieś poza kręgielnią,
dlatego stałam jak kołek i uśmiechałam się na każde ich słowo, tak naprawdę w
ogóle ich nie słuchając. Było mi wszystko jedno. Do czasu.
- Okej, w takim razie ja z Niallem, ty z Zaynem,
a Lucy z Harrym. Pasuje?
Przełknęłam głośno ślinę, ale posłusznie kiwnęłam
głową na znak, że takie ustawienie jak najbardziej mi pasuje, co rzecz jasna
dalece miało do prawdy. Byłam zła na Louisa za to jak nas podzielił i choć
wiedziałam, że całkiem nieświadomie przysporzył mi kłopotów, to i tak byłam
lekko nadąsana. Próbowałam jakoś to ukryć i chyba mi wychodziło, bo nikt nie
zadawał mi głupich pytań. Gdy gra zaczęła się rozkręcać, a ja zbiłam swój
kolejny strike, poczułam, że ten wieczór może nie będzie kompletną porażką.
Chłopaki zachowywali się tak jak zawsze, dlatego było dużo śmiechu i wygłupów,
co odrywało moje myśli od nieprzyjemnych wydarzeń. Dopiero gdy Lou podszedł jak
najbliżej kręgli i zbił je wszystkie jednym rzutem, moi towarzysze podjęli
interwencję. Wszyscy byli tak zajęci tym przewinieniem Lou, że nikt nie
zauważył, że jedynymi osobami, które nie biorą udziału w tym przekrzykiwaniu jesteśmy
ja i Harry. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że razem z Hazzą stoimy dalej
od pozostałych.
- Lucy wysłuchaj mnie, błagam..- szeptał Harry,
zmniejszając odległość między nami, a zarazem oplatając mój nadgarstek swoimi
długimi palcami.
Byłam na niego wściekła i naprawdę nie miałam
siły na wysłuchiwanie jego tłumaczeń, które w gruncie rzeczy kompletnie mnie
nie obchodziły. Cokolwiek by w tamtym momencie nie powiedział, to nie miałoby
dla mnie żadnego znaczenia. Zranił mnie i nic nie mogło tego zmienić.
- Daj mi spokój! Odsuń się i zachowuj normalnie,
Louis patrzy- syknęłam na tyle głośno, aby tylko Harry mnie usłyszał, po czym
dyskretnie wyrwałam rękę z jego uścisku.
Próbowałam zachowywać się w stu procentach
naturalnie, dlatego posłałam szeroki uśmiech w stronę przyjaciela, aby pokazać
mu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Nie spodziewałem się po tobie tego – warknął
rozeźlony. – Nigdy nie pomyślałbym, że nie dasz mi dojść do słowa i będziesz
udawać, że wszystko jest w porządku.
- A ja nie spodziewałam się, że okażesz się takim
obłudnym krętaczem!
Twarz Harrego w momencie stężała, a jego jak
dotąd blade policzki, przybrały purpurowego koloru. Młodzieniec zacisnął
szczękę z zdenerwowania, po czym cisnął kulę na stojak, który zachwiał się z
jazgotem. Po raz ostatni jego zielone tęczówki zatrzymały się na wprost moich,
trwało to jednak tylko krótką chwilę, bo zaraz potem chłopak obrócił się na
pięcie i szybkim krokiem skierował się do wyjścia z kręgielni. Jego nierozważne
zachowanie w momencie przyciągnęło wzrok naszych towarzyszy, którzy teraz z
wyraźnym zdezorientowaniem błądzili wzrokiem miedzy odchodzącym Harrym a mną.
- Co mu się stało? Nigdy się tak nie zachowywał.
Nie wiedzieć
kiedy u mojego boku błyskawicznie pojawił się Louis. Spojrzałam na niego lekko
speszona, po czym siląc się na jak najbardziej swobodny ton głosu, odparłam:
- Nie mam pojęcia. – lekceważąco wzruszyłam
ramionami. - Powiedział tylko, że coś mu wypadło i musi już iść. Miejmy nadzieję, że
to nic poważnego..
środa, 7 maja 2014
Chapter XV
Rankiem obudził mnie potworny ból głowy. Skronie pulsowały mi w nieprzyjemny sposób, a ja miałam wrażenie, że moja głowa za moment nie wytrzyma i najzwyczajniej w świecie eksploduje. Nie mam pojęcia, czym było spowodowane te paskudne samopoczucie, ale intuicja podpowiadała mi, że to nic innego, jak zwykłe niezadowolenie wyjazdem przyjaciół. Myśl, że znów będę zmuszona rozstać się z nimi na długie tygodnie, sprawiała, że naprawdę nie miałam ochoty wstać z łóżka. Wolałam przeciągać moment rozstania tak długo, jak tylko się dało, dlatego odkąd stanęliśmy na podjeździe, robiłam wszystko, aby przytrzymać ich przy sobie, jak najdłużej. Wiedziałam, że kiedy wsiądą do samochodu i ruszą w stronę Londynu, ja na nowo poczuję ogarniającą mnie pustkę i ponownie stanę się cichą i milczącą Lucy, która zdecydowanie woli trzymać się na uboczu. Za taką uchodziłam w szkole. Właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że w rzeczywistości czułam się kimś zupełnie innym. Moje zachowanie wśród znajomych ze szkoły tak cholernie różniło się od tego, jakie reprezentowałam przy Louisie i ludziach, których dzięki niemu poznałam, że czasem miałam wrażenie, jakbym była dwoma zupełnie innymi osobami. To było chore i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, jednak przezwyciężenie tej cholernej nieśmiałości wobec rówieśników stało się dla mnie zadaniem prawie że niewykonalnym. Chwilami rzeczywiście chciałam z tym walczyć, pokazać, że tak naprawdę jestem coś warta i że nie boję się do nich odezwać, ale szybko z tego rezygnowałam. Najgorszym było jednak to, że to nie strach paraliżował moje poczynania, a czysta niechęć. Mnie po prostu doszczętnie nie zależało na sympatii tamtych ludzi. Nie interesowało mnie ich zdanie na mój temat, a także to co mają mi do powiedzenia. Byli mi obojętni, ponieważ uważałam, że nie mają mi kompletnie nic do zaoferowania sobą i swoją osobowością. Właściwie gdyby zniknęli z powierzchni Ziemi, prawdopodobnie nawet nie zwróciłabym na to uwagi. To było moim problemem- brak jakiegokolwiek zainteresowania ludźmi, z którymi chcąc nie chcąc spędzam po siedem godzin dziennie, pięć razy w tygodniu. Za to chyba umarłabym, gdyby ktoś całkowicie odciął mi kontakt z Lou i całą resztą. Nie wyobrażałam sobie życia bez nich, dlatego każda izolacja okazywała się cholernie bolesna. Szczególnie ciężkie były pożegnania. Nieważne jak bardzo ktoś zapewniał mnie o tym, że niedługo się zobaczymy i że okres rozłąki przeleci w ekspresowym czasie, ja i tak za każdym razem dramatyzowałam tak samo. W takich chwilach jak ta czułam się, jakbym żegnała tę trójkę już na zawsze. Dokładnie tak, jakby nasze drogi miały się od tej chwili rozejść i już nigdy nie wrócić na ten sam tor. To wyobrażenie zabijało mnie od środka. Kawałek po kawałeczku rozszarpywało moje serce i powodowało duszący uścisk w przełyku. Czułam się jak kompletna idiotka, kiedy moje oczy niebezpiecznie zaczęły piec, a obraz stawał się coraz to bardziej rozmazany. Nie mogłam pozwolić sobie w tym momencie na łzy. To byłoby żałosne, a ja już wystarczająco sporo razy upokorzyłam się przed Lou i jego przyjaciółmi. Jak najszybciej musiałam zakończyć tę farsę, zanim doszczętnie się rozkleję, dlatego pociągając dzielnie nosem, przetarłam powieki rękawem swetra i uśmiechając się słabo, spojrzałam w lazurowe tęczówki Louisa.
Tomlinson stał naprzeciwko mnie i z wyraźnym zainteresowaniem przyglądał się mojej twarzy, jak gdyby tylko czekał na moment, w którym z moich oczu zaczną cieknąć łzy, a on będzie mógł swobodnie otrzeć je z moich policzków. Najwidoczniej moja determinacja nieco go rozbawiła, bo uśmiechnął się pocieszająco i bez słowa zagarnął mnie w swoje ramiona, przyciskając swoją twarz do moich rozpuszczonych włosów. Nie mówił nic, jakby dobrze wiedział, że jedyne czego teraz mi potrzeba, to jego bliskość. Dodawał mi otuchy tym, że był, że czułam go przy sobie i jeszcze chociaż przez chwilę bezkarnie mogłam się do niego tulić, nie zważając na nic, co działo się wokoło. Słowa były tutaj zbędne i tak niczego by nie zmieniły, a on doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Chciało mi się płakać i krzyczeć ze złości i z tej piekielnej niemocy, którą odczuwałam. Jednak w tamtej chwili nie pomogłoby mi nawet wyrywanie włosów z głowy. Oni musieli wyjechać, a ja musiałam zostać, taka niestety była rzeczywistość, z którą musiałam się pogodzić, przynajmniej na jakiś czas. Po kilku minutach poczułam, jak jego uścisk się rozluźnia, dlatego zacieśniłam moje drobne ręce na jego talii, nie chcąc pozwolić mu odejść. Wiedziałam, że jak tylko go wypuszczę, zostawi mnie tutaj kompletnie samą. Mimo, że pozostawaliśmy w ciągłym kontakcie, tak naprawdę nie mogliśmy przeżywać naszych sukcesów i porażek razem. Dzieliły nas te piekielne kilometry, dlatego z całego serca pragnęłam, żeby zostali chociaż parę minut dłużej.
- Zobaczymy się niedługo.. - powiedział cicho, a ja jedynie skinęłam lekko głową i westchnęłam głośno.
Nieciężko było zrozumieć aluzję i pojąć, że czas naszego pożegnania dobiega końca i powinniśmy się już rozstać, bez zbędnych rozczuleń. Wiedziałam o tym, a mimo to cholernie ciężko było mi wcielić ten plan w życie.
- Wiem.
Kąciki moich ust uniosły się lekko ku górze, a on odwzajemniając ten miły gest, usunął się na bok, aby ustąpić miejsca Eleanor, która bez zbędnych wstępów doskoczyła do mnie i obejmując mnie mocno rzekła:
- Bardzo się cieszę, że cię poznałam Lucy. Teraz już wiem dlaczego Louis tak dużo o tobie mówi. Mam nadzieję, że spotkamy się niedługo.
Jej przejęty ton głosu sprawiał, że przyjemne ciepło zaczęło rozlewać się w okolicach mojego serca i byłam niemal w stu procentach pewna, że jeszcze chwila takiej emocjonalnej gadki, a nie dam rady dłużej się powstrzymywać i po prostu wybuchnę niepohamowanym płaczem, czego naprawdę chciałam uniknąć. Przytulając dziewczynę jeszcze przez moment, odchyliłam się do tyłu i patrząc na jej twarz, wyznałam szczerze:
- Ja też się cieszę, że się poznałyśmy. Powinnyśmy umówić się na kawę, kiedy następnym razem odwiedzę Londyn.. Jeśli ty również akurat tam będziesz.
Ciepły uśmiech pojawił się na moich ustach, jednak nie trwało to zbyt długo, ponieważ lekkie zaskoczenie zastąpiło go naprawdę bardzo szybko. Wydałam z siebie cichy pomruk, kiedy El bez słowa uprzedzenia raz jeszcze uściskała moje ramiona i lekko kołysząc się na nogach, odeszła na bok. To było miłe uczucie, wiedzieć, że ktoś w tak krótkim czasie zapałał do ciebie tak szczerą i bezgraniczną sympatią. Ten fakt tylko i wyłącznie utwierdzał mnie w przekonaniu o tym, jak wspaniałą i sympatyczną dziewczyną jest panna Candler.
Na koniec został mi Harry, przy którym zupełnie nie wiedziałam, jak mam się zachować. Przez chwilę myślałam, że sam wyjdzie z inicjatywą, tak jak robił to zawsze, i to nie ja będę musiała decydować o formie naszego pożegnania. Jednak najwyraźniej Styles miał co to tego inne plany. Stał naprzeciwko mnie i subtelnie się uśmiechał. Starałam się opanować pocące dłonie i wyglądać na kogoś, kto nie analizuje tej sytuacji zbyt głęboko, jednak dołeczki bruneta skutecznie mi to uniemożliwiały. Niezauważalnie skupiałam się na jego malinowych ustach i modliłam się w duchu, żeby w końcu wypłynęły z nich jakieś słowa, które uratowałyby mnie z opresji. Kątem oka zerknęłam w stronę samochodu, gdzie Louis i Eleanor o czymś zawzięcie rozmawiali. Dodało mi to trochę pewności siebie, dlatego szybko spojrzałam w stronę Hazzy, który nie wiadomo kiedy pojawił się tak blisko mnie.
- Rozluźnij się, Kwiatuszku – powiedział, szczerząc się do mnie, a ja parsknęłam cicho.
- Kwiatuszku? Kto tak jeszcze mówi? Bawisz się w mojego dziadka?
Styles zaśmiał się krótko i kręcąc głową z rozbawieniem, niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego tors, a zapach jego zapewne drogich perfum dostał się do moich nozdrzy, przyjemnie podrażniając moje zmysły. W takich warunkach naprawdę dało się zapomnieć o całej reszcie otaczającego Cię świata. Ciężko powiedzieć ile trwaliśmy w takiej pozycji, z pewnością trwało to nieco dłużej, niż było to stosowne, ale nie dbałam o to. Ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę, to wypuszczenie go ze swoich objęć. Było mi tak błogo, że w tym jednym krótkim momencie byłam w stanie zapomnieć o tym, że to pożegnanie. Czułam jego ciepły oddech na swoim karku, a silne, zgrabne dłonie pokrzepiająco gładziły moje placy. Poczułam się spokojniejsza, jak gdyby całe zdenerwowanie związane z ich wyjazdem w magiczny sposób zniknęło, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- I don’t wanna be your friend, I wanna kiss your neck..*
Usłyszałam jego lekko zachrypnięty głos, a kolana same się pode mną ugięły. Gdyby nie to, że trzymał mnie mocno w swoich ramionach, pewnie leżałabym już na ziemi. Czułam, jak krew napływa mi do twarzy, a policzki stają się wściekle czerwone. Zacytowanie jednej z moich ulubionych piosenek było świetnie zaplanowanym ruchem z jego strony. Widać, że wszystkie rozmowy na temat naszych zainteresowań i drobnych rzeczy nie poszły w las, a Harry w doskonały sposób potrafił operować nowo zdobytymi informacjami. Zwykłe ciekawostki i mało interesujące fakty dotyczące mojego życia po raz kolejny posłużyły mu jako narzędzie do rozbrojenia moich uczuć. Był doskonałym flirciarzem, a takie zagrywki jak ta były dla niego czymś zupełnie naturalnym. Z premedytacją wykorzystywał najdrobniejsze szczegóły, które udało mu się o mnie zapamiętać i w taki oto sposób sprawiał, że nie potrafiłam przestać o nim myśleć chociażby na chwilę. Robił to specjalnie i dobrze wiedział, co dzięki temu uzyska. Pieprzony czaruś.
W głowie miałam już kolejny cytat innego kawałka The 1975, którym chciałam posłużyć się do dalszego pociągnięcia gry, rozpoczętej przez bruneta, kiedy do moich uszu dobiegł ponaglający głos Louisa.
- Harry pospiesz się, bo nie zdążymy na próbę.
Byłam lekko zawiedziona, że Tommo przerwał nam tą interesującą wymianę zdań. Pierwszy raz w życiu ułożyłam sobie w głowie idealny przebieg wydarzeń i byłam gotowa świadomie flirtować, a ten przebrzydły sabotażysta zniweczył wszystkie moje plany. Nie miałam jednak okazji, aby jakkolwiek go za to zbesztać, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że Loczek odsunął się ode mnie na kilka centymetrów. Dał mi szybkiego buziaka w rozgrzany policzek i na odchodne, po czym rzucił krótkie:
- Do zobaczenia, Mała.
Zrobił to tak niespodziewanie, że przez chwilę stałam i nie docierało do mnie, to co się stało. Tak się nie robi! Nie można najpierw zacytować dziewczynie piosenki, która sugeruje, że chce się ją całować po szyi, a później tak po prostu odejść! Mącenie w głowach dziewczyn powinna być karalne, bo to było niczym najpodlejsza zbrodnia wykonana z całkowitą premedytacją. Nie wiedziałam, co mam zrobić, ponieważ nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. Odciął mnie w takim momencie, że w mojej głowie zapanował kompletny chaos. Dlaczego zacytował akurat TEN fragment? Co to wszystko miało znaczyć? Moje myśli kręciły się tylko i wyłącznie wokół tego. Nie potrafiłam określić, na czym stoimy, ponieważ nigdy nie doszło do rozmowy na ten temat. Jego zachowanie wskazywało, że łączyło nas coś więcej, ale przecież nie mogłam wyciągać pochopnych wniosków, gdy nie znałam faktów. Nigdy nie widziałam, jak Harry zachowuje się przy koleżankach, czy dziewczynach, z którymi pragnął nawiązać bliższe stosunki, dlatego nie potrafiłam tego ocenić. Jedyne, czego byłam w stu procentach pewna, to to, że zawrócił mi w głowie i najprawdopodobniej nie przejdzie mi to tak szybko, jakbym tego chciała. Znalazłam się w jakimś dziwnym potrzasku z własnymi myślami, a pod ręką nie miałam nikogo, kto pomógłby mi się stamtąd wydostać.
Było ciepłe piątkowe popołudnie. Siedziałam właśnie przy oknie spoglądając na puste ulice Doncaster, a moje myśli wciąż wirowały wokół Harrego. Miałam tego dość. Zadręczałam się czymś, czego nie byłam w stanie rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny był mi do tego Styles, z którym miałam raczej uszczuplony kontakt. Przez ostatnie tygodnie wymienialiśmy jedynie krótkie smsy, czy telefony, jednak poruszanie jakiś głębszych tematów w takiej formie wydało mi się iście niewłaściwe i uznałam, że najlepiej będzie jeśli poczekam z tym do najbliższego spotkania, które tym razem miało mieć miejsce w Londynie. Pragnęłam, aby ta rozmowa odbyła się twarzą w twarz tak, jak to być powinno. Chciałam widzieć każdą pojedynczą emocję na twarzy chłopaka i nawet moje cholerne zniecierpliwienie nie mogło mnie przed tym powstrzymać. Postanowiłam nie zrażać się zbyt szybko i po prostu konsekwentnie czekać na nadającą się okazję. Wszystko wyglądało na to, że moje oczekiwania nie miały trwać wiecznie, ponieważ jak się okazało, chcąc aplikować do Akademii Sztuk Pięknych w Londynie, musiałam w przeciągu najbliższych trzech tygodni dostarczyć pięć swoich prac, a także pojawić się w gmachu budynku na jakimś szalenie ważnym spotkaniu z samym dziekanem. Wszystko to nie zmieniało jednakże faktu, iż prawdziwa rozmowa z Harrym musiała jeszcze poczekać.
Nienawidziłam stanu, w którym właśnie się znajdowałam. To było tak, jakbym zawiesiła się pomiędzy rzeczywistością, a czymś absolutnie absurdalnym i nierealnym. W głowie wciąż analizowałam każdy gest, przelotny dotyk, czy słowo, którymi karmił mnie chłopak podczas swojego pobytu w Doncaster i wcale nie było mi dzięki temu łatwiej. Cały czas stawały przede mną coraz to nowsze pytania na temat tego, co się wydarzyło. Kim tak naprawdę byłam dla zielonookiego młodego mężczyzny o bujnych lokowanych włosach i twarzy chwilami tak chłopięcej, że wyglądał na dużo młodszego, niż był w rzeczywistości? Zwykłą znajomą? Przelotnym romansem, który miał mu uatrakcyjnić chwile spędzone w innym mieście? A może Harry chociaż czasem myślał o mnie jak o kimś istotnym? O kimś z kim można wiązać swoje plany i przyszłość? Czy taka możliwość miała jakąkolwiek szansę bytu? Tego nie wiedziałam, ale jednego byłam pewna- właśnie tak chciałam być postrzegana w jego oczach. Pragnęłam, aby brunet tak jak ja traktował naszą relację, jak coś istotnego i mającego głębokie znaczenie. Ogarniała mnie wszechobecna frustracja. Pytań wciąż przybywało, natomiast na żadne z nich nie znalazłam chociaż jednej prostej odpowiedzi.
Bóg jeden wie ile czasu spędziłam na sterczeniu w tym oknie i ile jeszcze bym spędziła, gdyby nie impuls, który pojawił się we mnie nie wiadomo skąd. Nagle całkiem niespodziewanie zapragnęłam gdzieś wyjść. Gdziekolwiek i z kimkolwiek, byle tylko nie siedzieć w domu i nie smucić się tym, że nie ma przy mnie ważnych dla mnie osób. Chwyciłam za telefon i niewiele myśląc, wybrałam numer Cassie. Dopiero gdy usłyszałam jej aksamitny głos w słuchawce, moje ciało opanowała panika. Ręce mi drżały i kompletnie nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę, a co dopiero jak ją poprowadzić. Nie przemyślałam tego, dlatego teraz musiałam improwizować.
- Cassie? Tutaj Lucy, cześć- zaczęłam niepewnie, przygryzając dolną wargę w roztargnieniu.
-Lucy? Jaka Lucy, ja nie..
Zaczęłam się jeszcze bardziej denerwować, dlatego przerwałam jej, zanim zdążyła dokończyć. To było niegrzecznie, a ja musiałam brzmieć żałośnie i jak ostatnia desperatka, ale niezbyt się wtedy tym przejęłam.
- Lucy Croft..- odpowiedziałam natychmiastowo, zaczynając dalsze tłumaczenia. - Chodzimy razem do szkoły, mieszkam..
Z pewnością robiłabym z siebie kretynkę jeszcze przez długi czas, jednak do moich uszu dobiegł cichy, melodyjny chichot blondynki, co do reszty zbiło mnie z pantałyku.
- Lucy, spokojnie, zgrywam się. Co u Ciebie?- zagadnęła swobodnie.
Najprawdopodobniej brałam tą sytuację dużo poważniej, niż było to konieczne i z pewnością niepotrzebnie próbowałam wszystko doszczętnie i idealnie zaplanować, ale taka właśnie byłam. Ze stresującymi sytuacjami radziłam sobie tysiąc razy gorzej, niż przeciętny mieszkaniec naszej planety i nic nie mogłam na to poradzić.
- Wszystko w porządku, mam się świetnie- stwierdziłam, a w moim przyciszonym tonie głosu bez problemu można było wyczuć ulgę, która pojawiła się zaraz po słowach dziewczyny.
- Słuchaj Lucy.. Stało się coś konkretnego, że dzwonisz? To znaczy.. Nie zrozum mnie źle, bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś, ale ostatnio raczej rzadko się odzywałaś.
- Nie, wszystko w porządku.. Po prostu jest piątek i pomyślałam sobie, że może..- zacięłam się na moment i spoglądając z niepokojem na widok za oknem, zaczęłam nerwowo bawić się rąbkiem swojej koszulki - Może masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Na kręgle, pizze, piwo, gdziekolwiek?
- Bardzo chętnie, ale niestety na dziś jestem już umówiona.
Westchnęłam głośno do telefonu, ponieważ zdałam sobie sprawę, że jestem ofiarą losu.
- Razem z moimi znajomymi wybieramy się dziś do Breakdown, jest tam mała impreza. Może zabierzesz się z nami? Jestem pewna, że nikt nie będzie miał nic przeciwko!
Nie byłam do końca pewna, czy mam ochotę na imprezę, a do tego imprezę w klubie, w którym potencjalnie mogę spotkać naprawdę wielu znajomych ze szkoły i okolic, a ta perspektywa naprawdę mi nie pasowała, ale z drugiej strony nie chciała wyjść na wybredną. W końcu to ja zaproponowałam jej spotkanie, a nie na odwrót. Gdybym teraz odmówiła, wyszłabym na skończoną wariatkę.
- Brzmi świetnie. Na którą mam być gotowa?
- Na pewno nie chcesz, żebym po ciebie przyjechał? Wiesz, że to dla mnie nie jest problem, nie muszę od razu iść spać- zaoferował mój przybrany ojciec, parkując samochód na ulicy, którą razem z Cassie wyznaczyłyśmy sobie jako miejsce spotkania.
William chwilami bywał tak nadopiekuńczy, że nie mogłam wyjść z podziwu w jaki sposób ten mężczyzna wytrzymuje jakiekolwiek moje wyjście. Czasem wydawało mi się, że to Eleanor jest tą bardziej zaborczą częścią mojej rodziny, jednak w takich chwilach jak ta, orientowałam się, że to nieprawda.
- Weżniemy taksówkę. Do zobaczenia rano. Nie martw się, poradzę sobie - zachichotałam cicho, po czym muskając delikatnie ustami jego policzek, wyszłam z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i rozglądając się po okolicy.
Byłam prawie dziesięć minut przed czasem, więc niespecjalnie zdziwiłam się, że nigdzie w pobliżu nie zauważyłam panny Wright i jej bandy. Byłam niemal w stu procentach pewna, że przyjdą na ostatni moment, albo co gorsze, trochę się spóźnią, dlatego niemałe było moje zaskoczenie, kiedy dosłownie minutę później spostrzegłam zbliżającą się w moją stronę grupkę młodych ludzi. Moją uwagę niemal od razu przykuła wyróżniająca się w tłumie blond czupryna Cassandry. Uśmiechnęłam się automatycznie, widząc jej roześmianą twarz i nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, dziewczyna uściskała mnie mocno, po czym odwróciła się i wskazała na resztę.
Przez to, że tak długo nie spotykałyśmy się, niemal zapomniałam, jak pozytywną i roztrzepaną osobą, jeśli tylko nie byłyśmy w szkole oczywiście. Cóż, blondynka podobnie jak ja, w szkolnych murach uchodziła za dziwaczkę, rzadko ktokolwiek się do niej odzywał, a dziewczyny z sąsiedztwa często wyśmiewały ją ze względu na to, jak wygląda. Czy była brzydka? Broń Boże! I choć szczerze nienawidziłam, kiedy ktoś jakąkolwiek dziewczynę nazywał brzydką, to tu z ręką na sercu mogłabym przysiąc, że kompletnie nie rozumiałam stosunku swoich rówieśniczek wobec Cass. Była ładną blondynką, o nieco bardziej zaostrzonych rysach twarzy i dużych, niebieskich oczach, które świdrowały mnie spojrzeniem za każdym razem, kiedy ich właścicielka znajdowała się w pobliżu. Jedyną rzeczą, która w rzeczywisty sposób odróżniała ją od reszty dziewczyny z okolicy było to jaki stosunek przybrała do szkolnej społeczności. Była swojego rodzaju buntowniczką i często sprzeciwiała się wszystkiemu co działo się wokół niej. Nie godziła się na kategoryzowanie ludzi ze względu na ich styl ubierania się, czy stan konta bankowego ich rodziców. Zawsze chodziła w luźnych, przydużych bluzach lub swetrach, zupełnie tak, jakby chciała coś pod nimi ukryć, choć była całkiem szczupła. Długie nogi przyodziane za każdym razem w ciemne, często potargane rurki, a na stopach zawsze widniały te same, znoszone już trampki. Nasza szkoła była szkołą żeńską, a co za tym szło, spora część dziewczyn konkurowała ze sobą w przeróżnych kategoriach życia i bez wątpienia ubiór był jedną z nich. Cassie wyglądała na kompletnie nie zainteresowaną tym durnym wyścigiem szczurów, a co najważniejsze wcale nie kryła swojej niechęci wobec tego. Właśnie przez to stała się szkolnym wyrzutkiem i kozłem ofiarnym, którego wszyscy inni obrali sobie za cel. Gdybym to ja była na jej miejscu, bez wątpienia załamałabym się i zmieniła szkołę, ale nie Cassie. Ona miała gdzieś opinię innych i to chyba lubiłam w niej najbardziej. Ja zazwyczaj wolałam się nie wychylać i po prostu stać obok tego wszystkiego z boku. Czasem myślałam o tym, aby tak jak Cassie wypowiedzieć wojnę tym wszystkim próżnym dziewuchom i kompletnie przeciwstawić się przyjętym regułom, ale po chwilach takich rebelianckich zapędów, przychodziła myśl, że naprawdę nie potrzebuję pakować się w kolejne kłopoty.
- To Sophie i Clarie, a to Mark, Stave i Jake, a wy poznajcie, to moja koleżanka ze szkoły Lucy.
Kompletnie wyrwana z głębokiego zamyślenia spojrzałam zdezorientowana po twarzach nowo poznanych znajomych i uśmiechnęłam się nieśmiało. Każdy z nich przypatrywał mi się z zaciekawieniem i choć ich natarczywy wzrok nieco mnie peszył, starałam się pozostać wyrozumiałą. W końcu nie znali mnie, a ja całkiem niespodziewanie wtargnęłam do ich grupy, ich sceptyczne spojrzenia były więc dla mnie całkowicie zrozumiałe.
- Miło was poznać. Dziękuję za zaproszenie, gdyby nie to pewnie skończyłabym dziś oglądając serial i zajadając się czymś niezdrowy - zaśmiałam się i chociaż wyszło to nieco bardziej nerwowo niż tego chciałam, udawałam totalnie niewzruszoną swoim lekko drżącym głosem.
- Nie żartuj, wszyscy wiedzą, że jesteś zbyt kreatywna, żeby tak beznadziejnie spędzać weekend. Gdyby nie impreza siedziałabyś w swoim pokoju i pewnie tworzyła jakieś kolejne dzieło.
Słysząc słowa blondynki uśmiechnęłam się jedynie krzywo i nie mówiąc już nic więcej, ruszyłam za nią wzdłuż ulicy, jak mniemam, prowadzącej do klubu, w którym mieliśmy spędzić najbliższych kilka godzin. Nazwa "Breakdown" nie mówiła mi kompletnie nic, a okolica w której się znajdowaliśmy też nie była mi do końca znana. Chwilami zaczynałam żałować, że zamknęłam się w domu na tak długi czas, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jakie są modne miejsca, do których lubią chodzić ludzie w moim wieku. W gruncie rzeczy całkiem zabawne było to, jak bardzo nie znam miasta, w którym mieszkam od dobrych kilku lat, jednak w tamtej chwili nie miałam zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanawiać. Weszliśmy do jednego z lokalnych klubów i niemal od razu uderzył w nas silny odór alkoholu, papierosów i spoconych ciał tańczących nastolatków. Nienawidziłam całej tej aury otaczającej tego typu lokale, dlatego chcąc nie chcąc zmarszczyłam nieznacznie nos. Starałam się, jak tylko mogłam ukryć swoją ogromną niechęć wobec tego miejsca, bo przecież nie chciałam urazić swoim zachowaniem Cassie i jej przyjaciół, którzy wyglądali na rzeczywiście zadowolonych z przyjścia tutaj. Nietrudno było się domyślić, że spędzają tu sporo czasu, kiedy podczas męczącej drogi wzdłuż parkietu, któreś z nich co chwilę witało się z kimś machnięciem ręką, czy krótkim uściskiem. Byli jak ryby w wodzie, to na pewno. Ja natomiast milczałam i z lekko skwaszoną miną posłusznie człapałam za paczką panny Wright. Czułam się niekomfortowo, zupełnie tak, jakbym po całości nie pasowała do tego miejsca. Coś było nie tak, a ja nijak nie potrafiłam stwierdzić co. Próbowałam wmówić samej sobie, że to tylko moje osobiste uprzedzenia, jednak jedna denerwująca myśl nie dawała mi spokoju. Uważałam, że ten cholernie dziwny i instynktowny niepokój nie wziął się z niczego i bez wątpienia w końcu uderzy we mnie z impetem. Z pewnością rozmyślałabym na ten temat tak długo, aż w końcu doszłabym do tego o co chodzi, jednak poczułam silny uścisk oplatający się wokół mojego nadgarstka, a zaraz potem zostałam pociągnięta w dół tak, że od razu znalazłam się w pozycji siedzącej. Dopiero wtedy zorientowałam się, że moi towarzysze dawno zdążyli zająć już jedną z loży i tylko ja stoję i w niepokojący sposób wpatruję się w jakiś niewidzialny punkt przed sobą. Zrobiło mi się nieco głupio przez moje zachowanie, więc aby to ukryć, poprawiłam się na swoim miejscu i nerwowo zakładając jeden zabłąkany kosmyk rudych włosów za ucho, zerknęłam w stronę Cassie, która bez słowa podała mi menu. Jednak ja bardziej niż studiowaniem menu zajęta byłam obserwowaniem otoczenia. Nagle mój wzrok przykuła dwójka chłopaków, siedząca nieopodal mnie i skradająca sobie nawzajem krótkie pocałunki.
- Cassie.. Czy oni..?- zaczęłam niepewnie nachylając się ukradkiem nad uchem swojej koleżanki.
Nie chciałam zabrzmieć jakkolwiek niemiło, czy nieprzyjemnie, choć trudno było mi ukryć fakt, że scena rozgrywająca się zaledwie kilka metrów obok, wprowadziła mnie w lekkie zakłopotanie. Nie byłam przyzwyczajona do oglądania homoseksualnych par i choć tak naprawdę nie miałam nic przeciwko gejom, lesbijkom, transwestytom, czy komukolwiek innemu, to w tamtej chwili poczułam się nieswojo.
- Lucy to klub dla gejów, czego się spodziewałaś?
Słysząc jej słowa odchyliłam się nieco do tyłu i uważnie rozejrzałam się po całej sali. To nieprawdopodobne, że dopiero wtedy zorientowałam się o co w tym wszystkim chodzi i skąd pojawił się we mnie ten cały niejasny dyskomfort. Trudno było uwierzyć, że rzeczywiście wcześniej nie zwróciłam nawat najmniejszej uwagi na tych wszystkich obściskujących się wokół mnie ludzi. To było dziwne uczucie, przypatrywać się dwóm chłopkom, którzy w dość obsceniczny sposób zajmowali się sobą zaledwie kilka metrów od naszego stolika.
Byłam lekko poddenerwowana, ponieważ Cassie powiedziała to w taki sposób, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Tak się składało, że dla mnie nie była i do głowy nawet mi nie przyszło, że dziewczyna może zaprosić mnie do takiego, a nie innego klubu. Nie wiem, czy wynikało to z mojego ograniczonego umysłu, czy też ślepoty, ale nigdy wcześniej nie pomyślałam o tym, aby wziąć Cass jako lesbijkę. Dopiero w tamtym momencie wszystko zaczynało składać się w jedną logiczną całość. Automatycznie spojrzałam na dłoń blondynki, która spoczywała na udzie siedzącej obok niej Sophie i uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam taka głupia..
Całą resztę wieczoru starałam się wyglądać, jak najbardziej naturalnie i tak, jakby pobyt tutaj nie sprawiał mi żadnego problemu, co było oczywistym kłamstwem. Próbowałam nawiązać nić porozumienia z każdą osobą, która zwróciła na mnie chociażby minimalną uwagę i zagadała. Jak się okazało znajomi Wright byli całkiem sympatycznymi młodymi ludźmi, a to, że byli innej orientacji w ogóle nie przeszkadzało mi w rozmowie i wygłupach. Piliśmy, sporo się śmialiśmy, a mój humor uległ diametralnej zmianie, na lepsze rzecz jasna. I było tak aż do momentu, kiedy cała nasza loża opustoszała, gdy wszyscy poszli na parkiet, pozostawiając mnie i Clarie same. Momentalnie zapadła pomiędzy nami dość niezręczna cisza, którą po dłuższej chwili przerwała siedząca na przeciwko mnie dziewczyna.
- To ty jesteś ta Lucy? Przyjaciółka Stana i Louisa? Wielka artystka z Londynu, tak?- opryskliwy ton głosu, którym się posługiwała nieco zbił mnie z pantałyku. Przygryzłam delikatnie dolną wargę i wpatrując się ze zdziwieniem w jej twarz, próbowałam rozgryźć o co jej tak naprawdę chodzi. Rzeczywiście musiałam wyglądać na zaskoczoną, bo chwilę później dziewczyna ponownie mnie zaatakowała.
- Nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi. Może i ludzie nabierają się na te twoje sarnie oczy, ale ja i Stan cię rozgryźliśmy.
Patrzyłam na nią jak na kosmitkę. Nie docierały do mnie jej oskarżenia, kompletnie ich nie rozumiałam. Skąd ona w ogóle wiedziała o tym, że maluję? Przypuszczenie, że rozmawiała o mnie z Cassie wydawało mi się zupełnie nierealne, bo przecież po co miałyby to robić. Jednak nie były to powszechnie znane informacje, a ona skądś o nich wiedziała. Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy, natomiast zamiast niej pojawiły się kolejne pytania. Skąd ktoś taki jak ona znał Stana? Z tego co mówiła, wynikało, że byli blisko, co było raczej dziwne, bo ja sama nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ja i Stan przyjaźniliśmy się, więc jakim cudem udało mu się ukryć znajomość z tą dziewczyną?
Rozejrzałam się nerwowo po klubie, aby znaleźć kogoś znajomego, jednak wyglądało na to, że zdana byłam tylko na siebie. Gdyby tego było mało, dziewczyna dolewała oliwy do ognia i atakowała mnie z jeszcze większą siłą.
- To przez ciebie Stan sfiksował. Wyjechał i nas zostawił, bo miał ciebie dość.
Po jej kolejnych słowach żałowałam, że w ogóle podniosłam telefon do ręki i zadzwoniłam do Cassie. Nieznana mi osoba w kilka minut zepsuła mi cały wypad, a do tego czułam się jak kompletne gówno. Jej oskarżenie nie tylko były kompletnie niedorzeczne, ale też całkowicie wyssane z palca, a mimo to nie bardzo wiedziałam, jak mam się bronić i odeprzeć jej atak. Wciąż zastanawiałam się skąd w tej drobnej, uroczej dziewczynie wzięło się aż tyle niepotrzebnej agresji względem nieznanej jej osoby. Nawet to, że znała Stana, nie usprawiedliwiało jej nagłego wybuchu i atakowania mnie fałszywymi oskarżeniami. Łatwość z jaką wszystkie jadowite słowa wypływały z jej ust była zadziwiająca i wprawiała mnie w prawdziwą konsternację. W jednej chwili zapragnęłam zabrać swoje wszystkie rzeczy i wrócić do domu, gdzie po prostu zamknęłabym się w pokoju i oddała głębokim rozmyśleniom.
- O, mówicie o Stanie? – usłyszałam uradowany głos za sobą – Dawno go tutaj nie widziałem.
Mark usiadł obok mnie, uśmiechając się szeroko. Próbowałam wymusić na sobie przyjemny wyraz twarzy, ale chłopak chyba w ogóle nie zawracał sobie tym głowy, ponieważ od razu zajął się plotkowaniem, patrząc na dziewczynę przede mną.
- To pewnie przez Anthonego. Wiesz którego? Tego, co przez całą noc próbował poderwać Stana, a gdy nasz kochany Stan wypił o jedno mohito za dużo, to skończyli u Tonego w mieszkaniu. Spotkałem Lucasa na drugi dzień w sklepie i cóż, Anthony zna się na rzeczy. Chłopak miał tyle malinek na ciele, że myślałem, że miał jakieś bliższe spotkanie z wampirem.
Mark nie dopuścił nikogo do głosu, dopóki nie skończył swojej jakże zawiłej opowieści na temat mojego byłego przyjaciela. Ja nie wiedziałam, jak mam to skomentować, dlatego siedziałam jak mysz pod miotłą i czekałam na rozwój wydarzeń. W głowie analizowałam każde słowo chłopaka, aby móc je poskładać w logiczną całość i dowiedzieć się czegoś o Stanie. Na końcu języka miałam setki pytań, dotyczących tej historii, jednak chłopak kontynuował swoje wywody.
- To pewnie przez niego Stan nie pojawiała się tutaj przed wyjazdem, założę się, że bał się znowu go spotkać. W końcu sypianie z przypadkowymi gościami to chyba nie najlepsze lekarstwo na złamane serce.
Słowa blondyna dudniły w mojej głowie, a serce niespodziewanie przyspieszyło swojego tempa. Byłam w zupełnym szoku i choć cała wypowiedź Marka mogła prowadzić tylko do jednego wniosku, to mój mózg ani myślał dopuścić taką możliwość do siebie. Próbowałam sobie jakoś to wszystko wyjaśnić, znaleźć sensowne wytłumaczenie, jednak moje starania były tak nieudolne, że pozostawało mi tylko siedzieć i udawać, że o wszystkim wiem. Mimo to nerwowo rozglądałam się po sali, próbując wytropić wzrokiem kogoś znajomego, kto mógłby uratować mnie z tej sytuacji. Śmieszne, że w swoich czterech ścianach i w szkole nie potrzebowałam nikogo, a teraz tak desperacko szukałam pomocy wśród innych ludzi. Szok powoli opuszczał moje ciało, a ja zaczynałam myśleć racjonalnie. Jak mogłam nie zauważyć, że Stan woli chłopaków? Jego sposób bycia, zachowanie i nawet wygląd niczego nie zdradzały. Najwidoczniej opanował ukrywanie się do perfekcji i nie dał mi żadnych znaków, które mogłyby świadczyć o jego odmiennej orientacji. Nie żeby to zmieniało coś pomiędzy nami, jednak czułam się jak kompletna idiotka, że tego nie zauważyłam. Uważałam się za jego przyjaciółkę, a tak naprawdę nie wiedziałam o nim nic. Zupełnie nic.
Byłam tak zajęta analizowaniem wszystkiego, że nie zauważyłam, kiedy przy moim boku znalazła się Cassie z dwoma drinkami w ręce. Uśmiechała się od ucha do ucha, więc z całych sił próbowałam odwzajemnić ten przemiły gest, jednakże wyszedł mi zwyczajny grymas. Gdy zostałyśmy przy stoliku same, Cass postanowiła zabawić mnie rozmową i ciągle pytała jak podoba mi się impreza.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Zapytałam nagle, patrząc na nią smutnym wzrokiem. Nie znałyśmy się tak dobrze, a mimo to czułam do niej jakiś dziwny żal. Nie miałam do tego prawa, ale nie potrafiłam nad tym zapanować. Widziałam, jak wzdycha i chyba walczy sama ze sobą. Jej wzrok sugerował, że przejmuje się tą sytuacją, ale walczy z tym całą sobą.
- To był TWÓJ przyjaciel, sam powinien to zrobić.
Powiedziała po chwili, akcentując trzecie słowo i rozglądając się na boki. Nerwowo popijała drinka, jakby to jakoś pomogło. Odwróciłam wzrok i wlepiłam go w ziemię, próbując coś wymyślić. Tylko co? Co chciałam zrobić? Obrazić się o coś, co nie istniało, zrzucić winę na Cassie i wyjść z klubu? Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się do dziewczyny, która nieśmiało wpatrywała się we mnie. Cała ta sytuacja chyba trochę mnie przerosła. W jednej chwili przypomniałam sobie, że przecież jeszcze jest Lou, który zapewne też o niczym nie wie. Nie wiem, czy to istotna dla niego wiadomość, ale przecież przyjaźnią się i Stan powinien mieć na tyle godności w sobie, żeby go o tym powiadomić. Po tym wszystkim, co Louis zrobił dla Lucasa, zasłużył sobie na to. W mojej głowie rozsiadła się myśl, że muszę poważnie porozmawiać z przyjacielem i jakoś powiedzieć mu o Stanie. Tylko nie wiedziałam jak.
* The 1975- Fallingforyou
W końcu jest rozdział. Mam nadzieję, że będziecie z niego zadowolone, chociaż odrobinę bardziej niż ja. Dawno nic nie było, ale ten odcinek ma jedenaście stron, sporo się nad nim namęczyłam i mam nadzieję, że chociaż jego długość zrekompensuje Wam przerwę i jego jakość. XD Jestem cholernie podekscytowana, że to już piętnasty rozdział, bo każdy z nich przybliża mnie do zakończenia tego opowiadania, a nie ukrywam, że mam w planach następne. :) Ale to późniejsza przyszłość.. Myślę, że ze Stabi jesteśmy na jakimś półmetku, może nieco dalej.. Dodam jeszcze tylko, że byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście wyraziły swoją opinię na temat tego rozdziału. Nawet zwykłe "fajne" niesamowicie motywuje do dalszego pisania!
No nic, buziaki i do następnego! <3
+ Zapi, low ju :*
ask
twitter
tumblr
whopper
Tomlinson stał naprzeciwko mnie i z wyraźnym zainteresowaniem przyglądał się mojej twarzy, jak gdyby tylko czekał na moment, w którym z moich oczu zaczną cieknąć łzy, a on będzie mógł swobodnie otrzeć je z moich policzków. Najwidoczniej moja determinacja nieco go rozbawiła, bo uśmiechnął się pocieszająco i bez słowa zagarnął mnie w swoje ramiona, przyciskając swoją twarz do moich rozpuszczonych włosów. Nie mówił nic, jakby dobrze wiedział, że jedyne czego teraz mi potrzeba, to jego bliskość. Dodawał mi otuchy tym, że był, że czułam go przy sobie i jeszcze chociaż przez chwilę bezkarnie mogłam się do niego tulić, nie zważając na nic, co działo się wokoło. Słowa były tutaj zbędne i tak niczego by nie zmieniły, a on doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Chciało mi się płakać i krzyczeć ze złości i z tej piekielnej niemocy, którą odczuwałam. Jednak w tamtej chwili nie pomogłoby mi nawet wyrywanie włosów z głowy. Oni musieli wyjechać, a ja musiałam zostać, taka niestety była rzeczywistość, z którą musiałam się pogodzić, przynajmniej na jakiś czas. Po kilku minutach poczułam, jak jego uścisk się rozluźnia, dlatego zacieśniłam moje drobne ręce na jego talii, nie chcąc pozwolić mu odejść. Wiedziałam, że jak tylko go wypuszczę, zostawi mnie tutaj kompletnie samą. Mimo, że pozostawaliśmy w ciągłym kontakcie, tak naprawdę nie mogliśmy przeżywać naszych sukcesów i porażek razem. Dzieliły nas te piekielne kilometry, dlatego z całego serca pragnęłam, żeby zostali chociaż parę minut dłużej.
- Zobaczymy się niedługo.. - powiedział cicho, a ja jedynie skinęłam lekko głową i westchnęłam głośno.
Nieciężko było zrozumieć aluzję i pojąć, że czas naszego pożegnania dobiega końca i powinniśmy się już rozstać, bez zbędnych rozczuleń. Wiedziałam o tym, a mimo to cholernie ciężko było mi wcielić ten plan w życie.
- Wiem.
Kąciki moich ust uniosły się lekko ku górze, a on odwzajemniając ten miły gest, usunął się na bok, aby ustąpić miejsca Eleanor, która bez zbędnych wstępów doskoczyła do mnie i obejmując mnie mocno rzekła:
- Bardzo się cieszę, że cię poznałam Lucy. Teraz już wiem dlaczego Louis tak dużo o tobie mówi. Mam nadzieję, że spotkamy się niedługo.
Jej przejęty ton głosu sprawiał, że przyjemne ciepło zaczęło rozlewać się w okolicach mojego serca i byłam niemal w stu procentach pewna, że jeszcze chwila takiej emocjonalnej gadki, a nie dam rady dłużej się powstrzymywać i po prostu wybuchnę niepohamowanym płaczem, czego naprawdę chciałam uniknąć. Przytulając dziewczynę jeszcze przez moment, odchyliłam się do tyłu i patrząc na jej twarz, wyznałam szczerze:
- Ja też się cieszę, że się poznałyśmy. Powinnyśmy umówić się na kawę, kiedy następnym razem odwiedzę Londyn.. Jeśli ty również akurat tam będziesz.
Ciepły uśmiech pojawił się na moich ustach, jednak nie trwało to zbyt długo, ponieważ lekkie zaskoczenie zastąpiło go naprawdę bardzo szybko. Wydałam z siebie cichy pomruk, kiedy El bez słowa uprzedzenia raz jeszcze uściskała moje ramiona i lekko kołysząc się na nogach, odeszła na bok. To było miłe uczucie, wiedzieć, że ktoś w tak krótkim czasie zapałał do ciebie tak szczerą i bezgraniczną sympatią. Ten fakt tylko i wyłącznie utwierdzał mnie w przekonaniu o tym, jak wspaniałą i sympatyczną dziewczyną jest panna Candler.
Na koniec został mi Harry, przy którym zupełnie nie wiedziałam, jak mam się zachować. Przez chwilę myślałam, że sam wyjdzie z inicjatywą, tak jak robił to zawsze, i to nie ja będę musiała decydować o formie naszego pożegnania. Jednak najwyraźniej Styles miał co to tego inne plany. Stał naprzeciwko mnie i subtelnie się uśmiechał. Starałam się opanować pocące dłonie i wyglądać na kogoś, kto nie analizuje tej sytuacji zbyt głęboko, jednak dołeczki bruneta skutecznie mi to uniemożliwiały. Niezauważalnie skupiałam się na jego malinowych ustach i modliłam się w duchu, żeby w końcu wypłynęły z nich jakieś słowa, które uratowałyby mnie z opresji. Kątem oka zerknęłam w stronę samochodu, gdzie Louis i Eleanor o czymś zawzięcie rozmawiali. Dodało mi to trochę pewności siebie, dlatego szybko spojrzałam w stronę Hazzy, który nie wiadomo kiedy pojawił się tak blisko mnie.
- Rozluźnij się, Kwiatuszku – powiedział, szczerząc się do mnie, a ja parsknęłam cicho.
- Kwiatuszku? Kto tak jeszcze mówi? Bawisz się w mojego dziadka?
Styles zaśmiał się krótko i kręcąc głową z rozbawieniem, niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego tors, a zapach jego zapewne drogich perfum dostał się do moich nozdrzy, przyjemnie podrażniając moje zmysły. W takich warunkach naprawdę dało się zapomnieć o całej reszcie otaczającego Cię świata. Ciężko powiedzieć ile trwaliśmy w takiej pozycji, z pewnością trwało to nieco dłużej, niż było to stosowne, ale nie dbałam o to. Ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę, to wypuszczenie go ze swoich objęć. Było mi tak błogo, że w tym jednym krótkim momencie byłam w stanie zapomnieć o tym, że to pożegnanie. Czułam jego ciepły oddech na swoim karku, a silne, zgrabne dłonie pokrzepiająco gładziły moje placy. Poczułam się spokojniejsza, jak gdyby całe zdenerwowanie związane z ich wyjazdem w magiczny sposób zniknęło, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- I don’t wanna be your friend, I wanna kiss your neck..*
Usłyszałam jego lekko zachrypnięty głos, a kolana same się pode mną ugięły. Gdyby nie to, że trzymał mnie mocno w swoich ramionach, pewnie leżałabym już na ziemi. Czułam, jak krew napływa mi do twarzy, a policzki stają się wściekle czerwone. Zacytowanie jednej z moich ulubionych piosenek było świetnie zaplanowanym ruchem z jego strony. Widać, że wszystkie rozmowy na temat naszych zainteresowań i drobnych rzeczy nie poszły w las, a Harry w doskonały sposób potrafił operować nowo zdobytymi informacjami. Zwykłe ciekawostki i mało interesujące fakty dotyczące mojego życia po raz kolejny posłużyły mu jako narzędzie do rozbrojenia moich uczuć. Był doskonałym flirciarzem, a takie zagrywki jak ta były dla niego czymś zupełnie naturalnym. Z premedytacją wykorzystywał najdrobniejsze szczegóły, które udało mu się o mnie zapamiętać i w taki oto sposób sprawiał, że nie potrafiłam przestać o nim myśleć chociażby na chwilę. Robił to specjalnie i dobrze wiedział, co dzięki temu uzyska. Pieprzony czaruś.
W głowie miałam już kolejny cytat innego kawałka The 1975, którym chciałam posłużyć się do dalszego pociągnięcia gry, rozpoczętej przez bruneta, kiedy do moich uszu dobiegł ponaglający głos Louisa.
- Harry pospiesz się, bo nie zdążymy na próbę.
Byłam lekko zawiedziona, że Tommo przerwał nam tą interesującą wymianę zdań. Pierwszy raz w życiu ułożyłam sobie w głowie idealny przebieg wydarzeń i byłam gotowa świadomie flirtować, a ten przebrzydły sabotażysta zniweczył wszystkie moje plany. Nie miałam jednak okazji, aby jakkolwiek go za to zbesztać, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że Loczek odsunął się ode mnie na kilka centymetrów. Dał mi szybkiego buziaka w rozgrzany policzek i na odchodne, po czym rzucił krótkie:
- Do zobaczenia, Mała.
Zrobił to tak niespodziewanie, że przez chwilę stałam i nie docierało do mnie, to co się stało. Tak się nie robi! Nie można najpierw zacytować dziewczynie piosenki, która sugeruje, że chce się ją całować po szyi, a później tak po prostu odejść! Mącenie w głowach dziewczyn powinna być karalne, bo to było niczym najpodlejsza zbrodnia wykonana z całkowitą premedytacją. Nie wiedziałam, co mam zrobić, ponieważ nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. Odciął mnie w takim momencie, że w mojej głowie zapanował kompletny chaos. Dlaczego zacytował akurat TEN fragment? Co to wszystko miało znaczyć? Moje myśli kręciły się tylko i wyłącznie wokół tego. Nie potrafiłam określić, na czym stoimy, ponieważ nigdy nie doszło do rozmowy na ten temat. Jego zachowanie wskazywało, że łączyło nas coś więcej, ale przecież nie mogłam wyciągać pochopnych wniosków, gdy nie znałam faktów. Nigdy nie widziałam, jak Harry zachowuje się przy koleżankach, czy dziewczynach, z którymi pragnął nawiązać bliższe stosunki, dlatego nie potrafiłam tego ocenić. Jedyne, czego byłam w stu procentach pewna, to to, że zawrócił mi w głowie i najprawdopodobniej nie przejdzie mi to tak szybko, jakbym tego chciała. Znalazłam się w jakimś dziwnym potrzasku z własnymi myślami, a pod ręką nie miałam nikogo, kto pomógłby mi się stamtąd wydostać.
***
Nienawidziłam stanu, w którym właśnie się znajdowałam. To było tak, jakbym zawiesiła się pomiędzy rzeczywistością, a czymś absolutnie absurdalnym i nierealnym. W głowie wciąż analizowałam każdy gest, przelotny dotyk, czy słowo, którymi karmił mnie chłopak podczas swojego pobytu w Doncaster i wcale nie było mi dzięki temu łatwiej. Cały czas stawały przede mną coraz to nowsze pytania na temat tego, co się wydarzyło. Kim tak naprawdę byłam dla zielonookiego młodego mężczyzny o bujnych lokowanych włosach i twarzy chwilami tak chłopięcej, że wyglądał na dużo młodszego, niż był w rzeczywistości? Zwykłą znajomą? Przelotnym romansem, który miał mu uatrakcyjnić chwile spędzone w innym mieście? A może Harry chociaż czasem myślał o mnie jak o kimś istotnym? O kimś z kim można wiązać swoje plany i przyszłość? Czy taka możliwość miała jakąkolwiek szansę bytu? Tego nie wiedziałam, ale jednego byłam pewna- właśnie tak chciałam być postrzegana w jego oczach. Pragnęłam, aby brunet tak jak ja traktował naszą relację, jak coś istotnego i mającego głębokie znaczenie. Ogarniała mnie wszechobecna frustracja. Pytań wciąż przybywało, natomiast na żadne z nich nie znalazłam chociaż jednej prostej odpowiedzi.
Bóg jeden wie ile czasu spędziłam na sterczeniu w tym oknie i ile jeszcze bym spędziła, gdyby nie impuls, który pojawił się we mnie nie wiadomo skąd. Nagle całkiem niespodziewanie zapragnęłam gdzieś wyjść. Gdziekolwiek i z kimkolwiek, byle tylko nie siedzieć w domu i nie smucić się tym, że nie ma przy mnie ważnych dla mnie osób. Chwyciłam za telefon i niewiele myśląc, wybrałam numer Cassie. Dopiero gdy usłyszałam jej aksamitny głos w słuchawce, moje ciało opanowała panika. Ręce mi drżały i kompletnie nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę, a co dopiero jak ją poprowadzić. Nie przemyślałam tego, dlatego teraz musiałam improwizować.
- Cassie? Tutaj Lucy, cześć- zaczęłam niepewnie, przygryzając dolną wargę w roztargnieniu.
-Lucy? Jaka Lucy, ja nie..
Zaczęłam się jeszcze bardziej denerwować, dlatego przerwałam jej, zanim zdążyła dokończyć. To było niegrzecznie, a ja musiałam brzmieć żałośnie i jak ostatnia desperatka, ale niezbyt się wtedy tym przejęłam.
- Lucy Croft..- odpowiedziałam natychmiastowo, zaczynając dalsze tłumaczenia. - Chodzimy razem do szkoły, mieszkam..
Z pewnością robiłabym z siebie kretynkę jeszcze przez długi czas, jednak do moich uszu dobiegł cichy, melodyjny chichot blondynki, co do reszty zbiło mnie z pantałyku.
- Lucy, spokojnie, zgrywam się. Co u Ciebie?- zagadnęła swobodnie.
Najprawdopodobniej brałam tą sytuację dużo poważniej, niż było to konieczne i z pewnością niepotrzebnie próbowałam wszystko doszczętnie i idealnie zaplanować, ale taka właśnie byłam. Ze stresującymi sytuacjami radziłam sobie tysiąc razy gorzej, niż przeciętny mieszkaniec naszej planety i nic nie mogłam na to poradzić.
- Wszystko w porządku, mam się świetnie- stwierdziłam, a w moim przyciszonym tonie głosu bez problemu można było wyczuć ulgę, która pojawiła się zaraz po słowach dziewczyny.
- Słuchaj Lucy.. Stało się coś konkretnego, że dzwonisz? To znaczy.. Nie zrozum mnie źle, bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś, ale ostatnio raczej rzadko się odzywałaś.
- Nie, wszystko w porządku.. Po prostu jest piątek i pomyślałam sobie, że może..- zacięłam się na moment i spoglądając z niepokojem na widok za oknem, zaczęłam nerwowo bawić się rąbkiem swojej koszulki - Może masz ochotę gdzieś wyskoczyć? Na kręgle, pizze, piwo, gdziekolwiek?
- Bardzo chętnie, ale niestety na dziś jestem już umówiona.
Westchnęłam głośno do telefonu, ponieważ zdałam sobie sprawę, że jestem ofiarą losu.
- Razem z moimi znajomymi wybieramy się dziś do Breakdown, jest tam mała impreza. Może zabierzesz się z nami? Jestem pewna, że nikt nie będzie miał nic przeciwko!
Nie byłam do końca pewna, czy mam ochotę na imprezę, a do tego imprezę w klubie, w którym potencjalnie mogę spotkać naprawdę wielu znajomych ze szkoły i okolic, a ta perspektywa naprawdę mi nie pasowała, ale z drugiej strony nie chciała wyjść na wybredną. W końcu to ja zaproponowałam jej spotkanie, a nie na odwrót. Gdybym teraz odmówiła, wyszłabym na skończoną wariatkę.
- Brzmi świetnie. Na którą mam być gotowa?
***
- Na pewno nie chcesz, żebym po ciebie przyjechał? Wiesz, że to dla mnie nie jest problem, nie muszę od razu iść spać- zaoferował mój przybrany ojciec, parkując samochód na ulicy, którą razem z Cassie wyznaczyłyśmy sobie jako miejsce spotkania.
William chwilami bywał tak nadopiekuńczy, że nie mogłam wyjść z podziwu w jaki sposób ten mężczyzna wytrzymuje jakiekolwiek moje wyjście. Czasem wydawało mi się, że to Eleanor jest tą bardziej zaborczą częścią mojej rodziny, jednak w takich chwilach jak ta, orientowałam się, że to nieprawda.
- Weżniemy taksówkę. Do zobaczenia rano. Nie martw się, poradzę sobie - zachichotałam cicho, po czym muskając delikatnie ustami jego policzek, wyszłam z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i rozglądając się po okolicy.
Byłam prawie dziesięć minut przed czasem, więc niespecjalnie zdziwiłam się, że nigdzie w pobliżu nie zauważyłam panny Wright i jej bandy. Byłam niemal w stu procentach pewna, że przyjdą na ostatni moment, albo co gorsze, trochę się spóźnią, dlatego niemałe było moje zaskoczenie, kiedy dosłownie minutę później spostrzegłam zbliżającą się w moją stronę grupkę młodych ludzi. Moją uwagę niemal od razu przykuła wyróżniająca się w tłumie blond czupryna Cassandry. Uśmiechnęłam się automatycznie, widząc jej roześmianą twarz i nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, dziewczyna uściskała mnie mocno, po czym odwróciła się i wskazała na resztę.
Przez to, że tak długo nie spotykałyśmy się, niemal zapomniałam, jak pozytywną i roztrzepaną osobą, jeśli tylko nie byłyśmy w szkole oczywiście. Cóż, blondynka podobnie jak ja, w szkolnych murach uchodziła za dziwaczkę, rzadko ktokolwiek się do niej odzywał, a dziewczyny z sąsiedztwa często wyśmiewały ją ze względu na to, jak wygląda. Czy była brzydka? Broń Boże! I choć szczerze nienawidziłam, kiedy ktoś jakąkolwiek dziewczynę nazywał brzydką, to tu z ręką na sercu mogłabym przysiąc, że kompletnie nie rozumiałam stosunku swoich rówieśniczek wobec Cass. Była ładną blondynką, o nieco bardziej zaostrzonych rysach twarzy i dużych, niebieskich oczach, które świdrowały mnie spojrzeniem za każdym razem, kiedy ich właścicielka znajdowała się w pobliżu. Jedyną rzeczą, która w rzeczywisty sposób odróżniała ją od reszty dziewczyny z okolicy było to jaki stosunek przybrała do szkolnej społeczności. Była swojego rodzaju buntowniczką i często sprzeciwiała się wszystkiemu co działo się wokół niej. Nie godziła się na kategoryzowanie ludzi ze względu na ich styl ubierania się, czy stan konta bankowego ich rodziców. Zawsze chodziła w luźnych, przydużych bluzach lub swetrach, zupełnie tak, jakby chciała coś pod nimi ukryć, choć była całkiem szczupła. Długie nogi przyodziane za każdym razem w ciemne, często potargane rurki, a na stopach zawsze widniały te same, znoszone już trampki. Nasza szkoła była szkołą żeńską, a co za tym szło, spora część dziewczyn konkurowała ze sobą w przeróżnych kategoriach życia i bez wątpienia ubiór był jedną z nich. Cassie wyglądała na kompletnie nie zainteresowaną tym durnym wyścigiem szczurów, a co najważniejsze wcale nie kryła swojej niechęci wobec tego. Właśnie przez to stała się szkolnym wyrzutkiem i kozłem ofiarnym, którego wszyscy inni obrali sobie za cel. Gdybym to ja była na jej miejscu, bez wątpienia załamałabym się i zmieniła szkołę, ale nie Cassie. Ona miała gdzieś opinię innych i to chyba lubiłam w niej najbardziej. Ja zazwyczaj wolałam się nie wychylać i po prostu stać obok tego wszystkiego z boku. Czasem myślałam o tym, aby tak jak Cassie wypowiedzieć wojnę tym wszystkim próżnym dziewuchom i kompletnie przeciwstawić się przyjętym regułom, ale po chwilach takich rebelianckich zapędów, przychodziła myśl, że naprawdę nie potrzebuję pakować się w kolejne kłopoty.
- To Sophie i Clarie, a to Mark, Stave i Jake, a wy poznajcie, to moja koleżanka ze szkoły Lucy.
Kompletnie wyrwana z głębokiego zamyślenia spojrzałam zdezorientowana po twarzach nowo poznanych znajomych i uśmiechnęłam się nieśmiało. Każdy z nich przypatrywał mi się z zaciekawieniem i choć ich natarczywy wzrok nieco mnie peszył, starałam się pozostać wyrozumiałą. W końcu nie znali mnie, a ja całkiem niespodziewanie wtargnęłam do ich grupy, ich sceptyczne spojrzenia były więc dla mnie całkowicie zrozumiałe.
- Miło was poznać. Dziękuję za zaproszenie, gdyby nie to pewnie skończyłabym dziś oglądając serial i zajadając się czymś niezdrowy - zaśmiałam się i chociaż wyszło to nieco bardziej nerwowo niż tego chciałam, udawałam totalnie niewzruszoną swoim lekko drżącym głosem.
- Nie żartuj, wszyscy wiedzą, że jesteś zbyt kreatywna, żeby tak beznadziejnie spędzać weekend. Gdyby nie impreza siedziałabyś w swoim pokoju i pewnie tworzyła jakieś kolejne dzieło.
Słysząc słowa blondynki uśmiechnęłam się jedynie krzywo i nie mówiąc już nic więcej, ruszyłam za nią wzdłuż ulicy, jak mniemam, prowadzącej do klubu, w którym mieliśmy spędzić najbliższych kilka godzin. Nazwa "Breakdown" nie mówiła mi kompletnie nic, a okolica w której się znajdowaliśmy też nie była mi do końca znana. Chwilami zaczynałam żałować, że zamknęłam się w domu na tak długi czas, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jakie są modne miejsca, do których lubią chodzić ludzie w moim wieku. W gruncie rzeczy całkiem zabawne było to, jak bardzo nie znam miasta, w którym mieszkam od dobrych kilku lat, jednak w tamtej chwili nie miałam zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanawiać. Weszliśmy do jednego z lokalnych klubów i niemal od razu uderzył w nas silny odór alkoholu, papierosów i spoconych ciał tańczących nastolatków. Nienawidziłam całej tej aury otaczającej tego typu lokale, dlatego chcąc nie chcąc zmarszczyłam nieznacznie nos. Starałam się, jak tylko mogłam ukryć swoją ogromną niechęć wobec tego miejsca, bo przecież nie chciałam urazić swoim zachowaniem Cassie i jej przyjaciół, którzy wyglądali na rzeczywiście zadowolonych z przyjścia tutaj. Nietrudno było się domyślić, że spędzają tu sporo czasu, kiedy podczas męczącej drogi wzdłuż parkietu, któreś z nich co chwilę witało się z kimś machnięciem ręką, czy krótkim uściskiem. Byli jak ryby w wodzie, to na pewno. Ja natomiast milczałam i z lekko skwaszoną miną posłusznie człapałam za paczką panny Wright. Czułam się niekomfortowo, zupełnie tak, jakbym po całości nie pasowała do tego miejsca. Coś było nie tak, a ja nijak nie potrafiłam stwierdzić co. Próbowałam wmówić samej sobie, że to tylko moje osobiste uprzedzenia, jednak jedna denerwująca myśl nie dawała mi spokoju. Uważałam, że ten cholernie dziwny i instynktowny niepokój nie wziął się z niczego i bez wątpienia w końcu uderzy we mnie z impetem. Z pewnością rozmyślałabym na ten temat tak długo, aż w końcu doszłabym do tego o co chodzi, jednak poczułam silny uścisk oplatający się wokół mojego nadgarstka, a zaraz potem zostałam pociągnięta w dół tak, że od razu znalazłam się w pozycji siedzącej. Dopiero wtedy zorientowałam się, że moi towarzysze dawno zdążyli zająć już jedną z loży i tylko ja stoję i w niepokojący sposób wpatruję się w jakiś niewidzialny punkt przed sobą. Zrobiło mi się nieco głupio przez moje zachowanie, więc aby to ukryć, poprawiłam się na swoim miejscu i nerwowo zakładając jeden zabłąkany kosmyk rudych włosów za ucho, zerknęłam w stronę Cassie, która bez słowa podała mi menu. Jednak ja bardziej niż studiowaniem menu zajęta byłam obserwowaniem otoczenia. Nagle mój wzrok przykuła dwójka chłopaków, siedząca nieopodal mnie i skradająca sobie nawzajem krótkie pocałunki.
- Cassie.. Czy oni..?- zaczęłam niepewnie nachylając się ukradkiem nad uchem swojej koleżanki.
Nie chciałam zabrzmieć jakkolwiek niemiło, czy nieprzyjemnie, choć trudno było mi ukryć fakt, że scena rozgrywająca się zaledwie kilka metrów obok, wprowadziła mnie w lekkie zakłopotanie. Nie byłam przyzwyczajona do oglądania homoseksualnych par i choć tak naprawdę nie miałam nic przeciwko gejom, lesbijkom, transwestytom, czy komukolwiek innemu, to w tamtej chwili poczułam się nieswojo.
- Lucy to klub dla gejów, czego się spodziewałaś?
Słysząc jej słowa odchyliłam się nieco do tyłu i uważnie rozejrzałam się po całej sali. To nieprawdopodobne, że dopiero wtedy zorientowałam się o co w tym wszystkim chodzi i skąd pojawił się we mnie ten cały niejasny dyskomfort. Trudno było uwierzyć, że rzeczywiście wcześniej nie zwróciłam nawat najmniejszej uwagi na tych wszystkich obściskujących się wokół mnie ludzi. To było dziwne uczucie, przypatrywać się dwóm chłopkom, którzy w dość obsceniczny sposób zajmowali się sobą zaledwie kilka metrów od naszego stolika.
Byłam lekko poddenerwowana, ponieważ Cassie powiedziała to w taki sposób, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Tak się składało, że dla mnie nie była i do głowy nawet mi nie przyszło, że dziewczyna może zaprosić mnie do takiego, a nie innego klubu. Nie wiem, czy wynikało to z mojego ograniczonego umysłu, czy też ślepoty, ale nigdy wcześniej nie pomyślałam o tym, aby wziąć Cass jako lesbijkę. Dopiero w tamtym momencie wszystko zaczynało składać się w jedną logiczną całość. Automatycznie spojrzałam na dłoń blondynki, która spoczywała na udzie siedzącej obok niej Sophie i uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam taka głupia..
Całą resztę wieczoru starałam się wyglądać, jak najbardziej naturalnie i tak, jakby pobyt tutaj nie sprawiał mi żadnego problemu, co było oczywistym kłamstwem. Próbowałam nawiązać nić porozumienia z każdą osobą, która zwróciła na mnie chociażby minimalną uwagę i zagadała. Jak się okazało znajomi Wright byli całkiem sympatycznymi młodymi ludźmi, a to, że byli innej orientacji w ogóle nie przeszkadzało mi w rozmowie i wygłupach. Piliśmy, sporo się śmialiśmy, a mój humor uległ diametralnej zmianie, na lepsze rzecz jasna. I było tak aż do momentu, kiedy cała nasza loża opustoszała, gdy wszyscy poszli na parkiet, pozostawiając mnie i Clarie same. Momentalnie zapadła pomiędzy nami dość niezręczna cisza, którą po dłuższej chwili przerwała siedząca na przeciwko mnie dziewczyna.
- To ty jesteś ta Lucy? Przyjaciółka Stana i Louisa? Wielka artystka z Londynu, tak?- opryskliwy ton głosu, którym się posługiwała nieco zbił mnie z pantałyku. Przygryzłam delikatnie dolną wargę i wpatrując się ze zdziwieniem w jej twarz, próbowałam rozgryźć o co jej tak naprawdę chodzi. Rzeczywiście musiałam wyglądać na zaskoczoną, bo chwilę później dziewczyna ponownie mnie zaatakowała.
- Nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi. Może i ludzie nabierają się na te twoje sarnie oczy, ale ja i Stan cię rozgryźliśmy.
Patrzyłam na nią jak na kosmitkę. Nie docierały do mnie jej oskarżenia, kompletnie ich nie rozumiałam. Skąd ona w ogóle wiedziała o tym, że maluję? Przypuszczenie, że rozmawiała o mnie z Cassie wydawało mi się zupełnie nierealne, bo przecież po co miałyby to robić. Jednak nie były to powszechnie znane informacje, a ona skądś o nich wiedziała. Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy, natomiast zamiast niej pojawiły się kolejne pytania. Skąd ktoś taki jak ona znał Stana? Z tego co mówiła, wynikało, że byli blisko, co było raczej dziwne, bo ja sama nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ja i Stan przyjaźniliśmy się, więc jakim cudem udało mu się ukryć znajomość z tą dziewczyną?
Rozejrzałam się nerwowo po klubie, aby znaleźć kogoś znajomego, jednak wyglądało na to, że zdana byłam tylko na siebie. Gdyby tego było mało, dziewczyna dolewała oliwy do ognia i atakowała mnie z jeszcze większą siłą.
- To przez ciebie Stan sfiksował. Wyjechał i nas zostawił, bo miał ciebie dość.
Po jej kolejnych słowach żałowałam, że w ogóle podniosłam telefon do ręki i zadzwoniłam do Cassie. Nieznana mi osoba w kilka minut zepsuła mi cały wypad, a do tego czułam się jak kompletne gówno. Jej oskarżenie nie tylko były kompletnie niedorzeczne, ale też całkowicie wyssane z palca, a mimo to nie bardzo wiedziałam, jak mam się bronić i odeprzeć jej atak. Wciąż zastanawiałam się skąd w tej drobnej, uroczej dziewczynie wzięło się aż tyle niepotrzebnej agresji względem nieznanej jej osoby. Nawet to, że znała Stana, nie usprawiedliwiało jej nagłego wybuchu i atakowania mnie fałszywymi oskarżeniami. Łatwość z jaką wszystkie jadowite słowa wypływały z jej ust była zadziwiająca i wprawiała mnie w prawdziwą konsternację. W jednej chwili zapragnęłam zabrać swoje wszystkie rzeczy i wrócić do domu, gdzie po prostu zamknęłabym się w pokoju i oddała głębokim rozmyśleniom.
- O, mówicie o Stanie? – usłyszałam uradowany głos za sobą – Dawno go tutaj nie widziałem.
Mark usiadł obok mnie, uśmiechając się szeroko. Próbowałam wymusić na sobie przyjemny wyraz twarzy, ale chłopak chyba w ogóle nie zawracał sobie tym głowy, ponieważ od razu zajął się plotkowaniem, patrząc na dziewczynę przede mną.
- To pewnie przez Anthonego. Wiesz którego? Tego, co przez całą noc próbował poderwać Stana, a gdy nasz kochany Stan wypił o jedno mohito za dużo, to skończyli u Tonego w mieszkaniu. Spotkałem Lucasa na drugi dzień w sklepie i cóż, Anthony zna się na rzeczy. Chłopak miał tyle malinek na ciele, że myślałem, że miał jakieś bliższe spotkanie z wampirem.
Mark nie dopuścił nikogo do głosu, dopóki nie skończył swojej jakże zawiłej opowieści na temat mojego byłego przyjaciela. Ja nie wiedziałam, jak mam to skomentować, dlatego siedziałam jak mysz pod miotłą i czekałam na rozwój wydarzeń. W głowie analizowałam każde słowo chłopaka, aby móc je poskładać w logiczną całość i dowiedzieć się czegoś o Stanie. Na końcu języka miałam setki pytań, dotyczących tej historii, jednak chłopak kontynuował swoje wywody.
- To pewnie przez niego Stan nie pojawiała się tutaj przed wyjazdem, założę się, że bał się znowu go spotkać. W końcu sypianie z przypadkowymi gościami to chyba nie najlepsze lekarstwo na złamane serce.
Słowa blondyna dudniły w mojej głowie, a serce niespodziewanie przyspieszyło swojego tempa. Byłam w zupełnym szoku i choć cała wypowiedź Marka mogła prowadzić tylko do jednego wniosku, to mój mózg ani myślał dopuścić taką możliwość do siebie. Próbowałam sobie jakoś to wszystko wyjaśnić, znaleźć sensowne wytłumaczenie, jednak moje starania były tak nieudolne, że pozostawało mi tylko siedzieć i udawać, że o wszystkim wiem. Mimo to nerwowo rozglądałam się po sali, próbując wytropić wzrokiem kogoś znajomego, kto mógłby uratować mnie z tej sytuacji. Śmieszne, że w swoich czterech ścianach i w szkole nie potrzebowałam nikogo, a teraz tak desperacko szukałam pomocy wśród innych ludzi. Szok powoli opuszczał moje ciało, a ja zaczynałam myśleć racjonalnie. Jak mogłam nie zauważyć, że Stan woli chłopaków? Jego sposób bycia, zachowanie i nawet wygląd niczego nie zdradzały. Najwidoczniej opanował ukrywanie się do perfekcji i nie dał mi żadnych znaków, które mogłyby świadczyć o jego odmiennej orientacji. Nie żeby to zmieniało coś pomiędzy nami, jednak czułam się jak kompletna idiotka, że tego nie zauważyłam. Uważałam się za jego przyjaciółkę, a tak naprawdę nie wiedziałam o nim nic. Zupełnie nic.
Byłam tak zajęta analizowaniem wszystkiego, że nie zauważyłam, kiedy przy moim boku znalazła się Cassie z dwoma drinkami w ręce. Uśmiechała się od ucha do ucha, więc z całych sił próbowałam odwzajemnić ten przemiły gest, jednakże wyszedł mi zwyczajny grymas. Gdy zostałyśmy przy stoliku same, Cass postanowiła zabawić mnie rozmową i ciągle pytała jak podoba mi się impreza.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Zapytałam nagle, patrząc na nią smutnym wzrokiem. Nie znałyśmy się tak dobrze, a mimo to czułam do niej jakiś dziwny żal. Nie miałam do tego prawa, ale nie potrafiłam nad tym zapanować. Widziałam, jak wzdycha i chyba walczy sama ze sobą. Jej wzrok sugerował, że przejmuje się tą sytuacją, ale walczy z tym całą sobą.
- To był TWÓJ przyjaciel, sam powinien to zrobić.
Powiedziała po chwili, akcentując trzecie słowo i rozglądając się na boki. Nerwowo popijała drinka, jakby to jakoś pomogło. Odwróciłam wzrok i wlepiłam go w ziemię, próbując coś wymyślić. Tylko co? Co chciałam zrobić? Obrazić się o coś, co nie istniało, zrzucić winę na Cassie i wyjść z klubu? Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się do dziewczyny, która nieśmiało wpatrywała się we mnie. Cała ta sytuacja chyba trochę mnie przerosła. W jednej chwili przypomniałam sobie, że przecież jeszcze jest Lou, który zapewne też o niczym nie wie. Nie wiem, czy to istotna dla niego wiadomość, ale przecież przyjaźnią się i Stan powinien mieć na tyle godności w sobie, żeby go o tym powiadomić. Po tym wszystkim, co Louis zrobił dla Lucasa, zasłużył sobie na to. W mojej głowie rozsiadła się myśl, że muszę poważnie porozmawiać z przyjacielem i jakoś powiedzieć mu o Stanie. Tylko nie wiedziałam jak.
* The 1975- Fallingforyou
W końcu jest rozdział. Mam nadzieję, że będziecie z niego zadowolone, chociaż odrobinę bardziej niż ja. Dawno nic nie było, ale ten odcinek ma jedenaście stron, sporo się nad nim namęczyłam i mam nadzieję, że chociaż jego długość zrekompensuje Wam przerwę i jego jakość. XD Jestem cholernie podekscytowana, że to już piętnasty rozdział, bo każdy z nich przybliża mnie do zakończenia tego opowiadania, a nie ukrywam, że mam w planach następne. :) Ale to późniejsza przyszłość.. Myślę, że ze Stabi jesteśmy na jakimś półmetku, może nieco dalej.. Dodam jeszcze tylko, że byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście wyraziły swoją opinię na temat tego rozdziału. Nawet zwykłe "fajne" niesamowicie motywuje do dalszego pisania!
No nic, buziaki i do następnego! <3
+ Zapi, low ju :*
ask
tumblr
whopper
poniedziałek, 17 marca 2014
Chapter XIV
Nadal nie dochodziło do mnie to, co stało się w namiocie, przez co byłam lekko nieobecna, gdy siedzieliśmy wszyscy przy zgaszonym już ognisku. Próbowaliśmy wspólnie wymyślić jakiś plan działania na dzisiejszy dzień, a ja tylko bez zastanowienia im przytakiwałam, ponieważ w głowie nadal miałam smak ust Harrego. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś mnie pocałował, kiedy ktoś w ogóle się mną zainteresował. Analizowałam to tak głęboko, że przez chwilę kompletnie się wyłączyłam z rozmowy.
- Jakieś czterysta metrów na zachód jest strumień, zauważyłem go, kiedy poszedłem wczoraj szukać Lucy..- powiedział Harry w naszą stronę, po czym skinął głową w odpowiednim kierunku.
Momentalnie poczułam, jak lekki rumieniec oblewa moje blade dotąd policzki. Cóż, poruszanie tematu wczorajszego wieczoru będzie dla mnie dość krępującą sprawą chyba już na zawsze, a wszystko przez to, że zachowałam się jak kompletna wariatka. Bądź co bądź miałam ku temu swoje powody, ale wciąż nie usprawiedliwiało to mojego idiotycznego postępowania. Naparłam na Louisa w najbardziej nieodpowiednim i niestosownym momencie, jak tylko było to możliwe. Nie zasługiwałam więc na żadną taryfę ulgową. Prędzej, czy później musiałam w końcu przeprosić za to chłopaka i wyjaśnić, że wcale nie chciałam postawić go w niezręcznej sytuacji przy dziewczynie i najlepszym przyjacielu. Niestety póki co nie miałam ku temu okazji, ponieważ wciąż gdzieś kręciła się pozostała dwójka naszych towarzyszy, a tym razem naprawdę chciałam dotrzymać całkowitej dyskrecji i załatwić tę sprawę tylko i wyłącznie między nami. Ostatnio nie najlepiej radziłam sobie ze stresem i problemami, a niepohamowane wybuchy złości zaczęły być dla mnie chlebem powszednim. Uznałam więc, że rozmowa na osobności to najbardziej racjonalne wyjście. Nie wiem, czy ktokolwiek poza mną był w stanie przyzwyczaić się do tego typu napadów mojej lekkomyślności, dlatego uznałam, że muszę jak najszybciej uporać się z tym okropnym nawykiem i pozbyć się go raz na zawsze. Zdecydowanie nie miałam zamiaru naskakiwać na wszystkich otaczających mnie ludzi, którzy w jakiś sposób mi się narazili.
- Możecie pójść tam się orzeźwić, my z Tommo pójdziemy po was.- zakomunikował brunet, a ja spoglądając na niego nieprzytomnym wzrokiem skinęłam jedynie delikatnie głową, po czym zniknęłam z powrotem w namiocie, aby zabrać kosmetyczkę i jakieś odpowiednie rzeczy na przebranie.
Kiedy w końcu udało mi się uporać z plecakiem i znalazłam wszystko czego szukałam, a moja postać nareszcie wyłoniła się z namiotu, Eleanor już na mnie czekała uśmiechając się przy tym szeroko. Rzecz jasna odwzajemniłam jej miły gest, a zaraz potem wspólnie ruszyłyśmy w stronę miejsca, w którym prawdopodobnie znajdował się strumyk, o którym wspomniał Harry. Nie do końca potrafiłam określić, jak sporą odległością jest czterysta metrów, ale mimo to byłam przekonana, że przypuszczania Stylesa nie były do końca trafne, ponieważ przeszłyśmy naprawdę dość spory kawał drogi, kiedy naszym oczom w końcu ukazał się przejrzysty strumyk. Właściwie już kładłam swoje rzeczy na pobliskiej skałce, kiedy zerknęłam na El, która natarczywie rozglądała się po okolicy, a zaraz potem odezwała się przepełnionym satysfakcją i zadowoleniem głosem:
- Lucy, zobacz! Tam jest ujście, będzie nam wygodniej.- wskazała dłonią na znajdujący się zaledwie kilka kroków od nas niewielki staw, wokół którego rozszerzały się skaliste ścianki, które w pewnych miejscach porośnięte były jasnozielonym mchem. Z jednej ze ścianek leniwie spływała krystalicznie czysta woda, w której raz po raz odbijały się wesołe promienie słońca z trudem przedzierające się przez gęste korony drzew ciasno rozsadzone nad naszymi głowami. Sceneria tego miejsca była naprawdę bajkowa, wręcz zapierająca dech w piersiach. Niemal od razu poczułam niesamowitą ochotę na namalowanie tego cudownego krajobrazu. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą chociażby szkicownika. Byłam pewna, że moi przyjaciele ochoczo zostaliby tu ze mną jeszcze na jakieś dwie godzinki, gdybym tylko ich o to poprosiła.
Dopiero kiedy Eleanor bez krępacji zrzuciła z siebie swoją szeroką koszulkę odrzucając ją na bok i zostając w samym staniku, uznałam, że dalsze stanie i podziwianie tego miejsca nie ma najmniejszego sensu i że rzeczywiście czas się odświeżyć. Bez głębszego zastanowienia poszłam w ślady swojej starszej koleżanki, po czym przykucnęłam zaraz przy brzegu stawu, aby nabrać trochę wody. Poranna toaleta w tych polowych warunkach była dla mnie kompletną nowością, aczkolwiek nie czułam się z tym wszystkim najgorzej.
Właściwie można było powiedzieć, że była całkiem ciekawym i przyjemnym doświadczeniem, które z pewnością będę wspominać z uśmiechem na ustach. Przemyłam lekko twarz, jednak gdy nachyliłam się bliżej, rozpuszczone włosy spadły na mi na policzki i przy okazji zamoczyły się w stawie. Od razu wiedziałam, że muszę coś z nimi zrobić, bo nie chcę ich tutaj myć. Przecież nie mogłam dostać zapalenia płuc. Szybko związałam je w warkocz i ponownie pochyliłam się nad strumieniem. Tak, teraz byłam prawdziwą poszukiwaczką przygód, która musiała przetrwać w lesie. Byłam jak Katniss Everdeen, a ten camping mógł zostać porównany do Igrzysk Śmierci. Zaliczyłam niechcianą wędrówkę po lesie w nocy, walczyłam o przetrwanie w namiocie i znalazłam własnego sojusznika, którym okazał się Harry. Brakowało mi tylko łuku, jako mojej morderczej broni.
Zaśmiałam się pod nosem do własnych myśli, po czym ostatni raz zerkając w stronę jeziora ruszyłam za Eleanor, która niemal bezszelestnie kroczyła już jedną ze ścieżek. Wróciłyśmy do obozowiska bez większych problemów, co niewątpliwie dla nas obu było powodem do dumy. Chłopcy kiedy tylko nas zauważyli, sami wzięli swoje rzeczy i bez słowa ruszyli w stronę, z której my moment temu przyszłyśmy.
Uznałyśmy razem z El, że przed podróżą do domu wypadałoby jeszcze cokolwiek przekąsić, dlatego od razu zabrałyśmy się za przyszykowanie kilku kanapek ze wszystkich tych składników, których nie zdążyliśmy wykorzystać wczoraj. Z początku wydawało nam się, że jedzenie nie będzie zbyt atrakcyjne, aczkolwiek ostatecznie okazało się, że zostało nam dużo więcej produktów, niż przypuszczałyśmy, dlatego też kanapki wyszły całkiem wypaśne, a ich widok był naprawdę bardzo apetyczny, o czym nie omieszkał wspomnieć Louis, kiedy tylko śniadanie pojawiło się w zasięgu jego wzroku.
Spojrzałam w stronę dwójki przyjaciół, a moje źrenice rozszerzyły się w jednej sekundzie, a na ustach automatycznie pojawił się szeroki uśmiech. Oboje byli kompletnie przemoczeni, od stóp po głowę, a ja zastanawiałam się, jakim cudem jeszcze nie zaczęli trząść się z zimna. Woda w stawie była naprawdę lodowata i chociaż pogoda jak na tę porę roku była dość ciepła, to nie zmieniało to faktu, że do prawdziwych upałów sporo jeszcze brakowało.
- Nawet nie pytajcie, Louis to idiota.- fuknął Harry i w tym momencie obie z panną Candler nie wytrzymałyśmy wybuchając niepohamowaną salwą śmiechu.
Byli dorośli, zarabiali naprawdę wielkie pieniądze, a ich życie było właściwie ciągłą pracą, a mimo to oni wciąż zachowywali się jak dzieci. To było komiczne, a z drugiej strony naprawdę cholernie słodkie i urocze. Nie mogłam, a nawet nie chciałam powstrzymywać szerokiego uśmiechu, który mimowolnie wciąż gościł na moich malinowych ustach.
Louis zdążył już przykleić się do śniadania, dlatego wszyscy wzięli z niego przykład i po chwili nasze żołądki były pełne. Gdy składaliśmy namioty, Lou i ja nie odzywaliśmy się do siebie i robiliśmy to w milczeniu. Harry notorycznie próbował mnie rozśmieszyć, udając, że nie potrafi sobie sam poradzić. Uśmiechałam się lekko, jednak moja sytuacja z Louisem zaprzątała mi głowę i nie dawała spokoju. Chciałam to wszystko jakoś rozwiązać, ale nadal bolało mnie to, że ukrywał przede mną takie informacje. Jak się okazało chwilę później, niespecjalnie długo musiałam czekać na moment, w którym przyjdzie mi się zmierzyć z rosnącym między nami napięciem.
- Lucy możemy porozmawiać?- przyciszony głos przyjaciela zabrzmiał tuż obok mojego ucha, a ja wzdrygnęłam się nieznacznie wyczuwając nieubłaganie zbliżającą się konfrontację.
Zamarłam, a moje serce nieznacznie przyspieszyło tempa. Po chwili jednak biło już tak szybko i głośno, że zaczęłam całkiem na poważnie zastanawiać się, czy reszta obozowiczów również może usłyszeć jego miarowe uderzenia. Dalsze milczenie i udawanie posągu najwidoczniej nie było dobrą taktyką i wcale nie sprawiało, że Louis zrezygnuje, bo kiedy tylko uniosłam głowę, napotkałam jego lekko ponaglające spojrzenie. Niebieskie tęczówki wciąż natarczywie przypatrywały się mojej twarzy, a ja zachowywałam się niczym spłoszona sarna, która po raz pierwszy w życiu doświadczyła tak bliskiego kontaktu z człowiekiem. W rzeczy samej tak właśnie się wtedy czułam i chociaż bardzo pragnęłam to ukryć, to wszystkie moje nieudolne próby kończyły się totalnym fiaskiem. Jeszcze jedynie przez moment rozważałam ucieczkę w głąb lasu, aż w końcu postanowiłam stawić czoła tej rozmowie tak, jak zrobiłaby to każda normalna osoba.
- Pewnie..- uśmiechnęłam się blado i szybko podniosłam się do pozycji stojącej, aby moment później skierować swoje kroki na ubocze obozowiska.
W miejscu, w którym się zatrzymałam, można było odczuć chociaż minimalną nutkę prywatności i odosobnienia od reszty załogi, dlatego uznałam, że dalszy marsz nie ma sensu. Przystanęłam przy jednym z drzew i opierając się biodrem o jego pień zerknęłam w stronę Lou. Gołym okiem było widać jak usilnie chłopak próbuje dobrać odpowiednie słowa, aby zabrzmiały na tyle przekonująco, żebym mu wybaczyła. Trudno powiedzieć ile rzeczywiście tak staliśmy zanim szatyn wychrypiał słabym głosem:
- Wiesz, że chciałem dobrze.. W życiu bym cię nie skrzywdził, nie celowo. Przepraszam.
Z każdym wypowiedzianym przez chłopaka słowem mój żołądek zawiązywał się w coraz ciaśniejszy supeł, który skutecznie uniemożliwiał mi prawidłowe funkcjonowanie. Wszystkie moje kończyny kompletnie zesztywniały w efekcie czego wyglądałam niczym słup, z całkowicie beznamiętną twarzą i oczami tak pustymi, jak to tylko możliwe. Odczuwałam wewnętrzny ból, kiedy patrzyłam na jego smutną twarz, a mimo to nie potrafiłam się odezwać i zapewnić go, że wszystko jest w porządku. Tak naprawdę jedyne o czym marzyłam, to wpaść w jego ramiona i nigdy więcej nie pozwolić mu na to, aby swoim głupim zachowaniem niszczył to, co było między nami, ale.. No właśnie, zawsze było jakieś ale, a to było na tyle poważne, że nie potrafiłam go tak po prostu zignorować. Zwykłe "przepraszam" absolutnie mnie nie satysfakcjonowało i nie miałam zamiaru wybaczyć mu tak po prostu, jak bywało to zazwyczaj. Fakt, gniewanie się na Louisa było dla mnie czynnością praktycznie niemożliwą, która wymagała ode mnie dużo więcej wysiłku niż miałoby to miejsca z jakąkolwiek inną osobą. Jednak nie mogłam pozwolić sobie na okazywanie słabości, byłoby to niczym jawne zezwolenie na dalsze kłamstwa i nieczyste zagrywki, które w tak ohydny sposób zaburzały to, co nazywaliśmy przyjaźnią, a czego zbudowanie trwało naprawdę bardzo długo. Takie zmaganie się z samą sobą przynosiło mi wiele bólu, którego nie było w stanie zagłuszyć właściwie nic konkretnego. Potrzebowałam jasnych wyjaśnień, a Tomlinson ociągał się z ich podaniem. Postanowiłam po prostu milczeć tak długo, aż nie usłyszę tego czego chcę.
- Nie wiedziałem co robić. Stan zadzwonił do mnie z aresztu, błagał, żebym mu pomógł, a kiedy dowiedział się, że jestem z tobą.. Wpadł w szał. Lucy on zadaje się z jakimiś podejrzanymi typami i jestem prawie w stu procentach pewien, że to oni mają coś wspólnego z jego aresztowaniem. W końcu Stan i dragi? Wiem, że ostatnio zachowywał się jak palant, ale on sam by tego nie wymyślił. Sądzę, że nie do końca poradził sobie z przeprowadzką do Londynu, nie mogłem go tak zostawić.. Proszę, zrozum to- wydyszał w końcu, a ja dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że podczas jego monologu wciąż wstrzymywałam oddech, jak gdyby w obawie, czy słowa, którymi ma zamiar mnie poczęstować, będą wystarczająco przekonujące.
Błagalny ton głosu jakim posługiwał się chłopak sprawiał, że czułam się jeszcze gorzej, niż parę chwil temu. Oczywiście wszystko co powiedział było całkowitą prawdą, a ja bezapelacyjnie się z nim zgadzałam, jednak w rzeczywistości wcale nie o to się na niego złościłam. Nadal nie mogłam pojąć, jak mógł to wszystko przede mną zataić i tak po prostu udawać, że wszystko jest okej. W całej swojej głowie znalazłam jedynie jedną rzecz, która była dla mnie jeszcze bardziej niepojęta. Jakim cudem Lou wciąż nie dostrzegał tego w czym tak naprawdę leży cały problem. Zawracał sobie głowę czymś, o czym ja nie myślałam prawie wcale, natomiast ignorował to, co dla mnie stanowiło najpoważniejszy problem- nasz wzajemny brak zaufania.
- Lou ja to wszystko rozumiem, gdybym była na twoim miejscu też nigdy bym nie zostawiła Stana w potrzebie, bez względu na to jakim cholernym dupkiem był w stosunku do mnie, ale.. Pamiętasz twoje urodziny? Sylwestra? Obiecaliśmy sobie, że będziemy ze sobą w stu procentach szczerzy.. Uważasz, że dotrzymałeś tej obietnicy?
Widziałam, jak otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale dosłownie chwilę potem zamknął je z powrotem, jak gdyby zdał sobie sprawę z tego, że nic z tego co kłębiło się w jego głowie, nie było w stanie załagodzić sytuacji.
- Aż tak bardzo mi nie ufasz? Przecież bym cię wspierała.. Zawsze stanę za tobą murem, niezależnie od twojej decyzji, powinieneś o tym wiedzieć- doskonale słyszałam jak mój głos załamuje się z każdym kolejnym słowem, ale starałam się powstrzymać łzy i najzwyczajniej w świecie zignorować coraz bardziej piekące mnie oczy.
Płakałam za każdym razem, kiedy moje relacje z Louisem pozostawały pod znakiem zapytania, jednak tym razem próbowałam być silna i stanowcza, z nadzieją, że moja zdecydowana postawa w pewien sposób wpłynie na przyjaciela i pomoże mu zrozumieć mój punkt widzenia.
- Ufam ci, oczywiście że ci ufam, chciałem cię chronić, nic więcej..- powiedział cicho, po czym spuścił głowę wbijając wzrok w czubki swoich czarnych vansów, którymi od dłuższej chwili drążył w ziemi niewielkie koryto.
Jeszcze tylko przez moment milczałam zastanawiając się co powinnam była zrobić, aż w końcu bez jakichkolwiek precedensów zawiesiłam swoje ręce na szyi chłopaka i niespodziewanie przylgnęłam do jego klatki piersiowej.
- Niech cię diabli Tomlinson, nie rób mi tego nigdy więcej..
Chłopakowi wyraźnie ulżyło, choć bez wątpienia taki obrót sprawy z początku nieco go zaskoczył. Przez większość czasu naszej rozmowy udawałam nieugiętą, a każde słowa, które kierował w moją stronę odbijałam z taką łatwością niczym za pomocą jakiegoś obronnego zaklęcia, jednak moja miękka i niewątpliwie cholernie wrażliwa strona w końcu dała o sobie znać. Nie potrafiłam dłużej być na niego zła, czy chociażby patrzeć na niego tym lekko wyniosłym i pełnym zawodu wzrokiem. Oczywiście jego brak zaufania wciąż przyprawiał mnie o nieprzyjemne kłucie w okolicach serca, ale musiałam się z nim pogodzić. Nie dla niego, a dla samej siebie. Bez niego po prostu bym zwariowała.
Uśmiechając się, wróciliśmy do obozowiska, gdzie Harry i El czekali na nas, a wszystkie nasze rzeczy były już spakowane. Louis pomógł Stylesowi wpakować ostatnią torbę do bagażnika i byliśmy gotowi na powrót. Eleanor usiadła sobie z tyłu razem z Harrym, a mnie przypadło miejsce obok przyjaciela, który był kierowcą. Droga minęła nam raczej spokojnie, słuchaliśmy muzyki, czasem coś podśpiewywaliśmy pod nosem, Hazza zasnął, a ja z Lou wymieniłam tylko kilka zdań. Ta przygoda nas zmęczyła, co gołym okiem było po nas widać, dlatego nikt nie miał pretensji do nikogo, że nie pałamy nadmiernym entuzjazmem. Nawet nie zauważyła, gdy zatrzymaliśmy się na moim podjeździe, a Lou opuścił samochód, aby wyciągnąć mój bagaż. Od razu w drzwiach pojawili się moi opiekunowie i Will od razu zabrał moje rzeczy. Głośno westchnęłam i stanęłam naprzeciw przyjaciela. Pozostała dwójka wyszła z pojazdu chwilę po nas stając gdzieś na uboczu.
- Zobaczymy się jeszcze zanim wyjedziecie?- spytałam cicho z nutką desperacji w głosie.
Nienawidziłam pożegnań, a szczególnie tych pożegnań z Louisem, bo kiedy jego nie było obok czułam się taka pusta, jak tylko było to możliwe. Zupełnie jakby moje życie bez tego zwariowanego kolesia i wszystkiego co było z nim związane, było po prostu bez sensu. W takich momentach zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, jak silnie jestem przywiązana do jego osoby, do jego przyjaciół i życia, które tak bardzo nie pasowało do mojego własnego. Byliśmy tak różni, tak odmienni, a nasze spojrzenie na świat cholernie się różniło, a mimo to przez ostatnich kilka miesięcy nie marzyłam o niczym, jak tylko o tym, aby przyjaźń z Tomlinsonem weszła do mojego życia codziennego. Dzień w dzień wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby nie dzieliła nas odległość i jego niesamowicie wymagająca pasja, jaką była muzyka. Pragnęłam móc zadzwonić do niego o każdej porze dnia i powiedzieć, że po prostu strasznie mi go brakuje i że powinien przyjechać z jakimś niezdrowym jedzeniem, podczas kiedy ja zaparzę herbatę. Chciałam móc siedzieć obok niego w zwykły wtorkowy wieczór, zajadać się żelkami, które tak uwielbiał i najzwyczajniej w świecie opowiadać mu o tym, co przydarzyło mi się tego dnia. On nabijałby się ze mnie i mojej nieziemskiej niezdarności, a ja chociaż udawałabym obrażoną, to tak naprawdę uśmiechałabym się pod nosem próbując powstrzymać swój szaleńczy chichot. Marzyłam o tym, żeby był tu, blisko mnie. Uczestniczenie w jego życiu stało się moim absolutnym priorytetem i nie wyobrażałam sobie, aby w jego, czy mojej przyszłości zabrakło miejsca dla tej relacji. Myśląc o studiach i o tym co mnie czeka, zdawałam się wyczekiwać tylko i wyłącznie momentu, kiedy rzeczywiście przeniosę się do Londynu i będę mieć go na wyciągnięcie ręki. Zupełnie jakby okres, przez który właśnie przechodzimy był jedynie czymś chwilowym i przemijającym. Wciąż byłoby to ograniczone trasą koncertową i jego zabieganą pracą, ale byłabym tam i tylko czekała aż pojawi się w mieście z kompletnym nieładem na głowie i tym irytująco słodkim uśmiechem, który sprawiał, że i ja nie mogłam powstrzymać kącików swoich ust, które na jego widok automatycznie wędrowały ku górze. Czasem wydawało mi się, że ta moja tęsknota za Lou była chora i w pewnym sensie totalnie wariacka, ale nawet jeśli rzeczywiście tak było, to wcale o to nie dbałam. Każdy chce mieć swoich przyjaciół blisko siebie, to normalne, prawda?
- Oczywiście, że się zobaczycie, ponieważ cała wasza trójka wpadnie do nas na obiad, prawda Louis?- głos mojej opiekunki zabrzmiał w mojej głowie i zdałam sobie sprawę z tego, że cisza między nami wszystkimi, a tym samym moje głębokie rozmyślenia, trwały zdecydowanie dłużej, niż uchodziło to za naturalne. - Chyba mi nie odmówisz, tak dawno u nas nie byłeś..- dodała, a ja spojrzałam na nią przez ramię z delikatną dezaprobatą.
Nie chciałam wymuszać na swoich przyjaciołach spędzania kolejnego wspólnego popołudnia, choć wiadomym było to, że czułam ogromną ekscytację, a zarazem lekki niepokój na samą myśl, że Louis, Eleanor i Harry pojawią się w moim domu. Tak czy inaczej nie miałam zamiaru psuć ich planów, jeśli takowe mieli.
- Pewnie, że nie odmówię. Więc o której?- pogodny ton głosu szatyna sprawił, że poczułam się z tym wszystkim naprawdę dużo lepiej. Może próbowałam przekonać samą siebie, ale myśl, że i on ma ochotę na kolejne spotkanie w przyjemny sposób połechtała moje ego.
- Szesnasta trzydzieści, pasuje wszystkim?- kobieta przesunęła wzrokiem po trójce moich znajomych, a ja uśmiechnęłam się delikatnie, kiedy każdy z nich skinął głową. Ja sama zatrzymałam spojrzenie na Harrym, który niemal od razu to wyczuł i zerknąwszy w moją stronę puścił mi oczko uśmiechając się w ten specyficzny dla siebie, rozbrajający sposób. Świadomość, że jeden z najpiękniejszych uśmiechów jaki widziałam w swoim życiu, był skierowany właśnie do mnie, napawała mnie nieprawdopodobną radością. Nie mogłam nie pomyśleć o tym, co stało się tego ranka i chociaż ów wspomnienie było jednym z lepszych jakie posiadałam, powstrzymanie szkarłatnego rumieńca, który niespostrzeżenie wkroczył na moje policzki, była praktycznie niemożliwa.
- W takim razie do zobaczenia, mam nadzieję, że wszyscy lubicie kurczaka, William przyrządza najlepszego w całym Doncaster.
Nie wiem, czy bardziej cieszyłam się, czy też może stresowałam tym obiadem, ale jedno było pewne- to będzie kolejny niezapomniany wieczór idealnie wpasowujący się do mojej kolekcji.
Do obiadu zostało dosłownie dziesięć minut, a ja nerwowo chodziłam po pokoju, co chwila poprawiając bluzkę, albo włosy. Cholernie się stresowałam, chociaż dobrze wiedziałam, że nie mam czym. Oczywiście cieszyłam się na ten wieczór, bo potem najprawdopodobniej miałam pożegnać się z nimi na kolejne miesiące. A może to właśnie tym się stresowałam? Tym, że znowu zostanę tutaj sama, bez nich. Dzwonek do drzwi nie pozwolił mi dłużej zastanawiać się nad bezsensownością mojego losu. Gdy zeszłam na dół, zobaczyłam trójkę wystrojonych młodych ludzi. Louis i Harry byli ubrani na luzie, jednak mieli marynarki, a Eleanor założyła śliczną sukienkę, w której jej nogi wydawały się jeszcze dłuższe. Po krótkim przywitaniu wszyscy zasiedli do stołu, bo głód dawał o sobie znać. Kurczak w potrawce był naprawdę niesamowity i sądząc po minach moich towarzyszy mieli dokładnie takie samo zdanie na ten temat. Obiad minął w niesamowicie swobodnej atmosferze. Moi opiekunowie zadawali wiele ciekawych pytań dotyczących trasy i kariery chłopaków, a do tego opowiadali ciekawe żarty. Wydaje mi się, że wszyscy odczuli to, że El i Will nie są sztywnymi rodzicami.
Gdy wszyscy zjedli, Eleanor i Will poszli pozmywać, a Louis i El zgłosili się do pomocy. Nie sprzeciwiałam się temu, bo chciałam porozmawiać z Harrym sam na sam. Usiedliśmy sobie na tarasie, ponieważ pogoda dopisywała i przez dłużą chwilę żadne z nas się nie odzywało.
- Dzwoniła do mnie Juliette z galerii. Chce abym ostatecznie potwierdziła sprzedaż swoich obrazów..- zagadnęłam cicho spoglądając na niego nieśmiało.
Nie odzywał się, jedynie wpatrywał się wyczekująco w moje oczy, jakby dobrze wiedział, że nie na tym powinna się skończyć moja wypowiedź. Jego spojrzenie było natarczywe i intensywne, choć tak naprawdę całkiem przyjemne. Jednak to moment, w którym uśmiechnął się zachęcająco, postanowiłam podzielić się z nim swoimi obawami.
- Wciąż się waham Harry. Boję się, to w końcu moje autoportrety, najbardziej osobiste i znaczące jakie kiedykolwiek stworzyłam. Nie chcę żeby trafiły w nieodpowiednie ręce.
Nigdy wcześniej nie mówiłam o tym nikomu. Oczywiście każdy kto był w galerii i widział moje prace, mógł się domyślić, że były to autoportrety, ale tu chodziło o coś więcej. O sferę uczuć, moich obaw i lęków, które w nich zatopiłam, a których nie było widać na pierwszy rzut oka. Te obrazy były moją osobistą terapią, dzięki której próbowałam pozbyć się z siebie tego wszystkiego, co tak bardzo mi przeszkadzało i przez co wciąż budziłam się w nocy spocona i zmęczona ze zduszonym gardłowym krzykiem. Nie widziałam więc nic dziwnego w tym, że nie podobała mi się myśl, że miałyby tak po prostu wisieć u kogoś w salonie. U kogoś kto kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ważne i istotne dla mnie były, jak bardzo mi pomogły.
- Sprzedajesz swoje lęki, ale kupiec nigdy się o tym nie dowie, bo jest nikim, więc robisz to anonimowo.
Siedziałam przez chwilę i wpatrywałam się w niego, w jego usta, które wypowiedziały właśnie jedno zdanie, miażdżące moje wszystkie niepewności. Czułam się tak, jakby właśnie ktoś zabrał to palące niezdecydowanie cząstkę po cząstce, a w zamian rozszczepił pewność. Pewność, że nikt nigdy nie pozna tego, co widnieje na obrazie, dopóki ja na to nie pozwolę, dlatego nie mam się czego obawiać. To dzieło będzie wisieć u kogoś anonimowego, z którym nigdy nie będę miała styczności.
Z tego amoku wyrwały mnie śmiechy Louisa, który razem z moją rodziną postanowili do nas dołączyć i już po chwili wszyscy cieszyliśmy się z cudownej pogody. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu ta trójka musiała wracać do domu. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy, że jutro przed odjazdem wpadną na chwilę, żeby się porządnie pożegnać. Nie chciałam, żeby mnie opuszczali, ale nic na to nie mogłam poradzić. Gdy tylko zniknęli z pola mojego widzenia, wróciłam do domu i usiadłam na sofie, włączając telewizor. Tak naprawdę nawet nie wiedziałam, co oglądam, ponieważ nie potrafiłam wyjść z własnej głowy. Siedziałam tam od pocałunku z Harrym i chyba powinnam się przyzwyczaić, że tak szybko to nie minie.
- Lubisz go, prawda?- byłam tak pochłonięta własnymi myślami, że właściwie kompletnie nie zarejestrowałam momentu, w którym Eleanor pojawiła się w salonie, a tym bardziej kiedy przysiadła tuż obok mnie wlepiając we mnie spojrzenie tych wielkich, zielonych oczu.
Byłam roztargniona i kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Eleanor czytała ze mnie jak z otwartej książki, a ja nie wiedziałam, jak temu zaradzić.
- Hę?- odparłam elokwentnie przenosząc na nią swoje nieprzytomne spojrzenie.
- Harrego. To naprawdę miły chłopak, powinnaś dać mu szansę.
Kobieta poklepała mnie lekko po udzie, po czym z gracją podniosła się z sofy i dając mi przelotnego buziaka w czoło odeszła prawdopodobnie kierując się do swojej sypialni.
- Tak.. To miły chłopak..- szepnęłam już bardziej do siebie, po czym wypuszczając powietrze z cichym świstem i odchylając głowę do tyłu spojrzałam na śnieżnobiały sufit.
Powinnam dać mu szansę. Ale czy on w ogóle jej chciał?
W końcu. Wybaczcie zwłokę, chujowość, marność i wszystko inne, za co potencjalnie można mieć do mnie pretensje ze względu na ten rozdział. XD Nie będę się rozpisywać, bo mam dziś do przeczytania i skomentowania kilka blogów, a rano muszę wstać, bo idę na dziarę (TAAAAAAAK KURWAAA, MUSIAŁAM SIĘ POCHWALIĆ XDDDDD btw co stres :o). Dlatego jedynie mogę serdecznie zachęcić Was do komentowania i powiedzieć "do następnego". :)
Enjoy! <3
twitter
ask
tumblr
WHOPPER
- Jakieś czterysta metrów na zachód jest strumień, zauważyłem go, kiedy poszedłem wczoraj szukać Lucy..- powiedział Harry w naszą stronę, po czym skinął głową w odpowiednim kierunku.
Momentalnie poczułam, jak lekki rumieniec oblewa moje blade dotąd policzki. Cóż, poruszanie tematu wczorajszego wieczoru będzie dla mnie dość krępującą sprawą chyba już na zawsze, a wszystko przez to, że zachowałam się jak kompletna wariatka. Bądź co bądź miałam ku temu swoje powody, ale wciąż nie usprawiedliwiało to mojego idiotycznego postępowania. Naparłam na Louisa w najbardziej nieodpowiednim i niestosownym momencie, jak tylko było to możliwe. Nie zasługiwałam więc na żadną taryfę ulgową. Prędzej, czy później musiałam w końcu przeprosić za to chłopaka i wyjaśnić, że wcale nie chciałam postawić go w niezręcznej sytuacji przy dziewczynie i najlepszym przyjacielu. Niestety póki co nie miałam ku temu okazji, ponieważ wciąż gdzieś kręciła się pozostała dwójka naszych towarzyszy, a tym razem naprawdę chciałam dotrzymać całkowitej dyskrecji i załatwić tę sprawę tylko i wyłącznie między nami. Ostatnio nie najlepiej radziłam sobie ze stresem i problemami, a niepohamowane wybuchy złości zaczęły być dla mnie chlebem powszednim. Uznałam więc, że rozmowa na osobności to najbardziej racjonalne wyjście. Nie wiem, czy ktokolwiek poza mną był w stanie przyzwyczaić się do tego typu napadów mojej lekkomyślności, dlatego uznałam, że muszę jak najszybciej uporać się z tym okropnym nawykiem i pozbyć się go raz na zawsze. Zdecydowanie nie miałam zamiaru naskakiwać na wszystkich otaczających mnie ludzi, którzy w jakiś sposób mi się narazili.
- Możecie pójść tam się orzeźwić, my z Tommo pójdziemy po was.- zakomunikował brunet, a ja spoglądając na niego nieprzytomnym wzrokiem skinęłam jedynie delikatnie głową, po czym zniknęłam z powrotem w namiocie, aby zabrać kosmetyczkę i jakieś odpowiednie rzeczy na przebranie.
Kiedy w końcu udało mi się uporać z plecakiem i znalazłam wszystko czego szukałam, a moja postać nareszcie wyłoniła się z namiotu, Eleanor już na mnie czekała uśmiechając się przy tym szeroko. Rzecz jasna odwzajemniłam jej miły gest, a zaraz potem wspólnie ruszyłyśmy w stronę miejsca, w którym prawdopodobnie znajdował się strumyk, o którym wspomniał Harry. Nie do końca potrafiłam określić, jak sporą odległością jest czterysta metrów, ale mimo to byłam przekonana, że przypuszczania Stylesa nie były do końca trafne, ponieważ przeszłyśmy naprawdę dość spory kawał drogi, kiedy naszym oczom w końcu ukazał się przejrzysty strumyk. Właściwie już kładłam swoje rzeczy na pobliskiej skałce, kiedy zerknęłam na El, która natarczywie rozglądała się po okolicy, a zaraz potem odezwała się przepełnionym satysfakcją i zadowoleniem głosem:
- Lucy, zobacz! Tam jest ujście, będzie nam wygodniej.- wskazała dłonią na znajdujący się zaledwie kilka kroków od nas niewielki staw, wokół którego rozszerzały się skaliste ścianki, które w pewnych miejscach porośnięte były jasnozielonym mchem. Z jednej ze ścianek leniwie spływała krystalicznie czysta woda, w której raz po raz odbijały się wesołe promienie słońca z trudem przedzierające się przez gęste korony drzew ciasno rozsadzone nad naszymi głowami. Sceneria tego miejsca była naprawdę bajkowa, wręcz zapierająca dech w piersiach. Niemal od razu poczułam niesamowitą ochotę na namalowanie tego cudownego krajobrazu. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą chociażby szkicownika. Byłam pewna, że moi przyjaciele ochoczo zostaliby tu ze mną jeszcze na jakieś dwie godzinki, gdybym tylko ich o to poprosiła.
Dopiero kiedy Eleanor bez krępacji zrzuciła z siebie swoją szeroką koszulkę odrzucając ją na bok i zostając w samym staniku, uznałam, że dalsze stanie i podziwianie tego miejsca nie ma najmniejszego sensu i że rzeczywiście czas się odświeżyć. Bez głębszego zastanowienia poszłam w ślady swojej starszej koleżanki, po czym przykucnęłam zaraz przy brzegu stawu, aby nabrać trochę wody. Poranna toaleta w tych polowych warunkach była dla mnie kompletną nowością, aczkolwiek nie czułam się z tym wszystkim najgorzej.
Właściwie można było powiedzieć, że była całkiem ciekawym i przyjemnym doświadczeniem, które z pewnością będę wspominać z uśmiechem na ustach. Przemyłam lekko twarz, jednak gdy nachyliłam się bliżej, rozpuszczone włosy spadły na mi na policzki i przy okazji zamoczyły się w stawie. Od razu wiedziałam, że muszę coś z nimi zrobić, bo nie chcę ich tutaj myć. Przecież nie mogłam dostać zapalenia płuc. Szybko związałam je w warkocz i ponownie pochyliłam się nad strumieniem. Tak, teraz byłam prawdziwą poszukiwaczką przygód, która musiała przetrwać w lesie. Byłam jak Katniss Everdeen, a ten camping mógł zostać porównany do Igrzysk Śmierci. Zaliczyłam niechcianą wędrówkę po lesie w nocy, walczyłam o przetrwanie w namiocie i znalazłam własnego sojusznika, którym okazał się Harry. Brakowało mi tylko łuku, jako mojej morderczej broni.
Zaśmiałam się pod nosem do własnych myśli, po czym ostatni raz zerkając w stronę jeziora ruszyłam za Eleanor, która niemal bezszelestnie kroczyła już jedną ze ścieżek. Wróciłyśmy do obozowiska bez większych problemów, co niewątpliwie dla nas obu było powodem do dumy. Chłopcy kiedy tylko nas zauważyli, sami wzięli swoje rzeczy i bez słowa ruszyli w stronę, z której my moment temu przyszłyśmy.
Uznałyśmy razem z El, że przed podróżą do domu wypadałoby jeszcze cokolwiek przekąsić, dlatego od razu zabrałyśmy się za przyszykowanie kilku kanapek ze wszystkich tych składników, których nie zdążyliśmy wykorzystać wczoraj. Z początku wydawało nam się, że jedzenie nie będzie zbyt atrakcyjne, aczkolwiek ostatecznie okazało się, że zostało nam dużo więcej produktów, niż przypuszczałyśmy, dlatego też kanapki wyszły całkiem wypaśne, a ich widok był naprawdę bardzo apetyczny, o czym nie omieszkał wspomnieć Louis, kiedy tylko śniadanie pojawiło się w zasięgu jego wzroku.
Spojrzałam w stronę dwójki przyjaciół, a moje źrenice rozszerzyły się w jednej sekundzie, a na ustach automatycznie pojawił się szeroki uśmiech. Oboje byli kompletnie przemoczeni, od stóp po głowę, a ja zastanawiałam się, jakim cudem jeszcze nie zaczęli trząść się z zimna. Woda w stawie była naprawdę lodowata i chociaż pogoda jak na tę porę roku była dość ciepła, to nie zmieniało to faktu, że do prawdziwych upałów sporo jeszcze brakowało.
- Nawet nie pytajcie, Louis to idiota.- fuknął Harry i w tym momencie obie z panną Candler nie wytrzymałyśmy wybuchając niepohamowaną salwą śmiechu.
Byli dorośli, zarabiali naprawdę wielkie pieniądze, a ich życie było właściwie ciągłą pracą, a mimo to oni wciąż zachowywali się jak dzieci. To było komiczne, a z drugiej strony naprawdę cholernie słodkie i urocze. Nie mogłam, a nawet nie chciałam powstrzymywać szerokiego uśmiechu, który mimowolnie wciąż gościł na moich malinowych ustach.
Louis zdążył już przykleić się do śniadania, dlatego wszyscy wzięli z niego przykład i po chwili nasze żołądki były pełne. Gdy składaliśmy namioty, Lou i ja nie odzywaliśmy się do siebie i robiliśmy to w milczeniu. Harry notorycznie próbował mnie rozśmieszyć, udając, że nie potrafi sobie sam poradzić. Uśmiechałam się lekko, jednak moja sytuacja z Louisem zaprzątała mi głowę i nie dawała spokoju. Chciałam to wszystko jakoś rozwiązać, ale nadal bolało mnie to, że ukrywał przede mną takie informacje. Jak się okazało chwilę później, niespecjalnie długo musiałam czekać na moment, w którym przyjdzie mi się zmierzyć z rosnącym między nami napięciem.
- Lucy możemy porozmawiać?- przyciszony głos przyjaciela zabrzmiał tuż obok mojego ucha, a ja wzdrygnęłam się nieznacznie wyczuwając nieubłaganie zbliżającą się konfrontację.
Zamarłam, a moje serce nieznacznie przyspieszyło tempa. Po chwili jednak biło już tak szybko i głośno, że zaczęłam całkiem na poważnie zastanawiać się, czy reszta obozowiczów również może usłyszeć jego miarowe uderzenia. Dalsze milczenie i udawanie posągu najwidoczniej nie było dobrą taktyką i wcale nie sprawiało, że Louis zrezygnuje, bo kiedy tylko uniosłam głowę, napotkałam jego lekko ponaglające spojrzenie. Niebieskie tęczówki wciąż natarczywie przypatrywały się mojej twarzy, a ja zachowywałam się niczym spłoszona sarna, która po raz pierwszy w życiu doświadczyła tak bliskiego kontaktu z człowiekiem. W rzeczy samej tak właśnie się wtedy czułam i chociaż bardzo pragnęłam to ukryć, to wszystkie moje nieudolne próby kończyły się totalnym fiaskiem. Jeszcze jedynie przez moment rozważałam ucieczkę w głąb lasu, aż w końcu postanowiłam stawić czoła tej rozmowie tak, jak zrobiłaby to każda normalna osoba.
- Pewnie..- uśmiechnęłam się blado i szybko podniosłam się do pozycji stojącej, aby moment później skierować swoje kroki na ubocze obozowiska.
W miejscu, w którym się zatrzymałam, można było odczuć chociaż minimalną nutkę prywatności i odosobnienia od reszty załogi, dlatego uznałam, że dalszy marsz nie ma sensu. Przystanęłam przy jednym z drzew i opierając się biodrem o jego pień zerknęłam w stronę Lou. Gołym okiem było widać jak usilnie chłopak próbuje dobrać odpowiednie słowa, aby zabrzmiały na tyle przekonująco, żebym mu wybaczyła. Trudno powiedzieć ile rzeczywiście tak staliśmy zanim szatyn wychrypiał słabym głosem:
- Wiesz, że chciałem dobrze.. W życiu bym cię nie skrzywdził, nie celowo. Przepraszam.
Z każdym wypowiedzianym przez chłopaka słowem mój żołądek zawiązywał się w coraz ciaśniejszy supeł, który skutecznie uniemożliwiał mi prawidłowe funkcjonowanie. Wszystkie moje kończyny kompletnie zesztywniały w efekcie czego wyglądałam niczym słup, z całkowicie beznamiętną twarzą i oczami tak pustymi, jak to tylko możliwe. Odczuwałam wewnętrzny ból, kiedy patrzyłam na jego smutną twarz, a mimo to nie potrafiłam się odezwać i zapewnić go, że wszystko jest w porządku. Tak naprawdę jedyne o czym marzyłam, to wpaść w jego ramiona i nigdy więcej nie pozwolić mu na to, aby swoim głupim zachowaniem niszczył to, co było między nami, ale.. No właśnie, zawsze było jakieś ale, a to było na tyle poważne, że nie potrafiłam go tak po prostu zignorować. Zwykłe "przepraszam" absolutnie mnie nie satysfakcjonowało i nie miałam zamiaru wybaczyć mu tak po prostu, jak bywało to zazwyczaj. Fakt, gniewanie się na Louisa było dla mnie czynnością praktycznie niemożliwą, która wymagała ode mnie dużo więcej wysiłku niż miałoby to miejsca z jakąkolwiek inną osobą. Jednak nie mogłam pozwolić sobie na okazywanie słabości, byłoby to niczym jawne zezwolenie na dalsze kłamstwa i nieczyste zagrywki, które w tak ohydny sposób zaburzały to, co nazywaliśmy przyjaźnią, a czego zbudowanie trwało naprawdę bardzo długo. Takie zmaganie się z samą sobą przynosiło mi wiele bólu, którego nie było w stanie zagłuszyć właściwie nic konkretnego. Potrzebowałam jasnych wyjaśnień, a Tomlinson ociągał się z ich podaniem. Postanowiłam po prostu milczeć tak długo, aż nie usłyszę tego czego chcę.
- Nie wiedziałem co robić. Stan zadzwonił do mnie z aresztu, błagał, żebym mu pomógł, a kiedy dowiedział się, że jestem z tobą.. Wpadł w szał. Lucy on zadaje się z jakimiś podejrzanymi typami i jestem prawie w stu procentach pewien, że to oni mają coś wspólnego z jego aresztowaniem. W końcu Stan i dragi? Wiem, że ostatnio zachowywał się jak palant, ale on sam by tego nie wymyślił. Sądzę, że nie do końca poradził sobie z przeprowadzką do Londynu, nie mogłem go tak zostawić.. Proszę, zrozum to- wydyszał w końcu, a ja dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że podczas jego monologu wciąż wstrzymywałam oddech, jak gdyby w obawie, czy słowa, którymi ma zamiar mnie poczęstować, będą wystarczająco przekonujące.
Błagalny ton głosu jakim posługiwał się chłopak sprawiał, że czułam się jeszcze gorzej, niż parę chwil temu. Oczywiście wszystko co powiedział było całkowitą prawdą, a ja bezapelacyjnie się z nim zgadzałam, jednak w rzeczywistości wcale nie o to się na niego złościłam. Nadal nie mogłam pojąć, jak mógł to wszystko przede mną zataić i tak po prostu udawać, że wszystko jest okej. W całej swojej głowie znalazłam jedynie jedną rzecz, która była dla mnie jeszcze bardziej niepojęta. Jakim cudem Lou wciąż nie dostrzegał tego w czym tak naprawdę leży cały problem. Zawracał sobie głowę czymś, o czym ja nie myślałam prawie wcale, natomiast ignorował to, co dla mnie stanowiło najpoważniejszy problem- nasz wzajemny brak zaufania.
- Lou ja to wszystko rozumiem, gdybym była na twoim miejscu też nigdy bym nie zostawiła Stana w potrzebie, bez względu na to jakim cholernym dupkiem był w stosunku do mnie, ale.. Pamiętasz twoje urodziny? Sylwestra? Obiecaliśmy sobie, że będziemy ze sobą w stu procentach szczerzy.. Uważasz, że dotrzymałeś tej obietnicy?
Widziałam, jak otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale dosłownie chwilę potem zamknął je z powrotem, jak gdyby zdał sobie sprawę z tego, że nic z tego co kłębiło się w jego głowie, nie było w stanie załagodzić sytuacji.
- Aż tak bardzo mi nie ufasz? Przecież bym cię wspierała.. Zawsze stanę za tobą murem, niezależnie od twojej decyzji, powinieneś o tym wiedzieć- doskonale słyszałam jak mój głos załamuje się z każdym kolejnym słowem, ale starałam się powstrzymać łzy i najzwyczajniej w świecie zignorować coraz bardziej piekące mnie oczy.
Płakałam za każdym razem, kiedy moje relacje z Louisem pozostawały pod znakiem zapytania, jednak tym razem próbowałam być silna i stanowcza, z nadzieją, że moja zdecydowana postawa w pewien sposób wpłynie na przyjaciela i pomoże mu zrozumieć mój punkt widzenia.
- Ufam ci, oczywiście że ci ufam, chciałem cię chronić, nic więcej..- powiedział cicho, po czym spuścił głowę wbijając wzrok w czubki swoich czarnych vansów, którymi od dłuższej chwili drążył w ziemi niewielkie koryto.
Jeszcze tylko przez moment milczałam zastanawiając się co powinnam była zrobić, aż w końcu bez jakichkolwiek precedensów zawiesiłam swoje ręce na szyi chłopaka i niespodziewanie przylgnęłam do jego klatki piersiowej.
- Niech cię diabli Tomlinson, nie rób mi tego nigdy więcej..
Chłopakowi wyraźnie ulżyło, choć bez wątpienia taki obrót sprawy z początku nieco go zaskoczył. Przez większość czasu naszej rozmowy udawałam nieugiętą, a każde słowa, które kierował w moją stronę odbijałam z taką łatwością niczym za pomocą jakiegoś obronnego zaklęcia, jednak moja miękka i niewątpliwie cholernie wrażliwa strona w końcu dała o sobie znać. Nie potrafiłam dłużej być na niego zła, czy chociażby patrzeć na niego tym lekko wyniosłym i pełnym zawodu wzrokiem. Oczywiście jego brak zaufania wciąż przyprawiał mnie o nieprzyjemne kłucie w okolicach serca, ale musiałam się z nim pogodzić. Nie dla niego, a dla samej siebie. Bez niego po prostu bym zwariowała.
Uśmiechając się, wróciliśmy do obozowiska, gdzie Harry i El czekali na nas, a wszystkie nasze rzeczy były już spakowane. Louis pomógł Stylesowi wpakować ostatnią torbę do bagażnika i byliśmy gotowi na powrót. Eleanor usiadła sobie z tyłu razem z Harrym, a mnie przypadło miejsce obok przyjaciela, który był kierowcą. Droga minęła nam raczej spokojnie, słuchaliśmy muzyki, czasem coś podśpiewywaliśmy pod nosem, Hazza zasnął, a ja z Lou wymieniłam tylko kilka zdań. Ta przygoda nas zmęczyła, co gołym okiem było po nas widać, dlatego nikt nie miał pretensji do nikogo, że nie pałamy nadmiernym entuzjazmem. Nawet nie zauważyła, gdy zatrzymaliśmy się na moim podjeździe, a Lou opuścił samochód, aby wyciągnąć mój bagaż. Od razu w drzwiach pojawili się moi opiekunowie i Will od razu zabrał moje rzeczy. Głośno westchnęłam i stanęłam naprzeciw przyjaciela. Pozostała dwójka wyszła z pojazdu chwilę po nas stając gdzieś na uboczu.
- Zobaczymy się jeszcze zanim wyjedziecie?- spytałam cicho z nutką desperacji w głosie.
Nienawidziłam pożegnań, a szczególnie tych pożegnań z Louisem, bo kiedy jego nie było obok czułam się taka pusta, jak tylko było to możliwe. Zupełnie jakby moje życie bez tego zwariowanego kolesia i wszystkiego co było z nim związane, było po prostu bez sensu. W takich momentach zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, jak silnie jestem przywiązana do jego osoby, do jego przyjaciół i życia, które tak bardzo nie pasowało do mojego własnego. Byliśmy tak różni, tak odmienni, a nasze spojrzenie na świat cholernie się różniło, a mimo to przez ostatnich kilka miesięcy nie marzyłam o niczym, jak tylko o tym, aby przyjaźń z Tomlinsonem weszła do mojego życia codziennego. Dzień w dzień wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby nie dzieliła nas odległość i jego niesamowicie wymagająca pasja, jaką była muzyka. Pragnęłam móc zadzwonić do niego o każdej porze dnia i powiedzieć, że po prostu strasznie mi go brakuje i że powinien przyjechać z jakimś niezdrowym jedzeniem, podczas kiedy ja zaparzę herbatę. Chciałam móc siedzieć obok niego w zwykły wtorkowy wieczór, zajadać się żelkami, które tak uwielbiał i najzwyczajniej w świecie opowiadać mu o tym, co przydarzyło mi się tego dnia. On nabijałby się ze mnie i mojej nieziemskiej niezdarności, a ja chociaż udawałabym obrażoną, to tak naprawdę uśmiechałabym się pod nosem próbując powstrzymać swój szaleńczy chichot. Marzyłam o tym, żeby był tu, blisko mnie. Uczestniczenie w jego życiu stało się moim absolutnym priorytetem i nie wyobrażałam sobie, aby w jego, czy mojej przyszłości zabrakło miejsca dla tej relacji. Myśląc o studiach i o tym co mnie czeka, zdawałam się wyczekiwać tylko i wyłącznie momentu, kiedy rzeczywiście przeniosę się do Londynu i będę mieć go na wyciągnięcie ręki. Zupełnie jakby okres, przez który właśnie przechodzimy był jedynie czymś chwilowym i przemijającym. Wciąż byłoby to ograniczone trasą koncertową i jego zabieganą pracą, ale byłabym tam i tylko czekała aż pojawi się w mieście z kompletnym nieładem na głowie i tym irytująco słodkim uśmiechem, który sprawiał, że i ja nie mogłam powstrzymać kącików swoich ust, które na jego widok automatycznie wędrowały ku górze. Czasem wydawało mi się, że ta moja tęsknota za Lou była chora i w pewnym sensie totalnie wariacka, ale nawet jeśli rzeczywiście tak było, to wcale o to nie dbałam. Każdy chce mieć swoich przyjaciół blisko siebie, to normalne, prawda?
- Oczywiście, że się zobaczycie, ponieważ cała wasza trójka wpadnie do nas na obiad, prawda Louis?- głos mojej opiekunki zabrzmiał w mojej głowie i zdałam sobie sprawę z tego, że cisza między nami wszystkimi, a tym samym moje głębokie rozmyślenia, trwały zdecydowanie dłużej, niż uchodziło to za naturalne. - Chyba mi nie odmówisz, tak dawno u nas nie byłeś..- dodała, a ja spojrzałam na nią przez ramię z delikatną dezaprobatą.
Nie chciałam wymuszać na swoich przyjaciołach spędzania kolejnego wspólnego popołudnia, choć wiadomym było to, że czułam ogromną ekscytację, a zarazem lekki niepokój na samą myśl, że Louis, Eleanor i Harry pojawią się w moim domu. Tak czy inaczej nie miałam zamiaru psuć ich planów, jeśli takowe mieli.
- Pewnie, że nie odmówię. Więc o której?- pogodny ton głosu szatyna sprawił, że poczułam się z tym wszystkim naprawdę dużo lepiej. Może próbowałam przekonać samą siebie, ale myśl, że i on ma ochotę na kolejne spotkanie w przyjemny sposób połechtała moje ego.
- Szesnasta trzydzieści, pasuje wszystkim?- kobieta przesunęła wzrokiem po trójce moich znajomych, a ja uśmiechnęłam się delikatnie, kiedy każdy z nich skinął głową. Ja sama zatrzymałam spojrzenie na Harrym, który niemal od razu to wyczuł i zerknąwszy w moją stronę puścił mi oczko uśmiechając się w ten specyficzny dla siebie, rozbrajający sposób. Świadomość, że jeden z najpiękniejszych uśmiechów jaki widziałam w swoim życiu, był skierowany właśnie do mnie, napawała mnie nieprawdopodobną radością. Nie mogłam nie pomyśleć o tym, co stało się tego ranka i chociaż ów wspomnienie było jednym z lepszych jakie posiadałam, powstrzymanie szkarłatnego rumieńca, który niespostrzeżenie wkroczył na moje policzki, była praktycznie niemożliwa.
- W takim razie do zobaczenia, mam nadzieję, że wszyscy lubicie kurczaka, William przyrządza najlepszego w całym Doncaster.
Nie wiem, czy bardziej cieszyłam się, czy też może stresowałam tym obiadem, ale jedno było pewne- to będzie kolejny niezapomniany wieczór idealnie wpasowujący się do mojej kolekcji.
***
Gdy wszyscy zjedli, Eleanor i Will poszli pozmywać, a Louis i El zgłosili się do pomocy. Nie sprzeciwiałam się temu, bo chciałam porozmawiać z Harrym sam na sam. Usiedliśmy sobie na tarasie, ponieważ pogoda dopisywała i przez dłużą chwilę żadne z nas się nie odzywało.
- Dzwoniła do mnie Juliette z galerii. Chce abym ostatecznie potwierdziła sprzedaż swoich obrazów..- zagadnęłam cicho spoglądając na niego nieśmiało.
Nie odzywał się, jedynie wpatrywał się wyczekująco w moje oczy, jakby dobrze wiedział, że nie na tym powinna się skończyć moja wypowiedź. Jego spojrzenie było natarczywe i intensywne, choć tak naprawdę całkiem przyjemne. Jednak to moment, w którym uśmiechnął się zachęcająco, postanowiłam podzielić się z nim swoimi obawami.
- Wciąż się waham Harry. Boję się, to w końcu moje autoportrety, najbardziej osobiste i znaczące jakie kiedykolwiek stworzyłam. Nie chcę żeby trafiły w nieodpowiednie ręce.
Nigdy wcześniej nie mówiłam o tym nikomu. Oczywiście każdy kto był w galerii i widział moje prace, mógł się domyślić, że były to autoportrety, ale tu chodziło o coś więcej. O sferę uczuć, moich obaw i lęków, które w nich zatopiłam, a których nie było widać na pierwszy rzut oka. Te obrazy były moją osobistą terapią, dzięki której próbowałam pozbyć się z siebie tego wszystkiego, co tak bardzo mi przeszkadzało i przez co wciąż budziłam się w nocy spocona i zmęczona ze zduszonym gardłowym krzykiem. Nie widziałam więc nic dziwnego w tym, że nie podobała mi się myśl, że miałyby tak po prostu wisieć u kogoś w salonie. U kogoś kto kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ważne i istotne dla mnie były, jak bardzo mi pomogły.
- Sprzedajesz swoje lęki, ale kupiec nigdy się o tym nie dowie, bo jest nikim, więc robisz to anonimowo.
Siedziałam przez chwilę i wpatrywałam się w niego, w jego usta, które wypowiedziały właśnie jedno zdanie, miażdżące moje wszystkie niepewności. Czułam się tak, jakby właśnie ktoś zabrał to palące niezdecydowanie cząstkę po cząstce, a w zamian rozszczepił pewność. Pewność, że nikt nigdy nie pozna tego, co widnieje na obrazie, dopóki ja na to nie pozwolę, dlatego nie mam się czego obawiać. To dzieło będzie wisieć u kogoś anonimowego, z którym nigdy nie będę miała styczności.
Z tego amoku wyrwały mnie śmiechy Louisa, który razem z moją rodziną postanowili do nas dołączyć i już po chwili wszyscy cieszyliśmy się z cudownej pogody. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu ta trójka musiała wracać do domu. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy, że jutro przed odjazdem wpadną na chwilę, żeby się porządnie pożegnać. Nie chciałam, żeby mnie opuszczali, ale nic na to nie mogłam poradzić. Gdy tylko zniknęli z pola mojego widzenia, wróciłam do domu i usiadłam na sofie, włączając telewizor. Tak naprawdę nawet nie wiedziałam, co oglądam, ponieważ nie potrafiłam wyjść z własnej głowy. Siedziałam tam od pocałunku z Harrym i chyba powinnam się przyzwyczaić, że tak szybko to nie minie.
- Lubisz go, prawda?- byłam tak pochłonięta własnymi myślami, że właściwie kompletnie nie zarejestrowałam momentu, w którym Eleanor pojawiła się w salonie, a tym bardziej kiedy przysiadła tuż obok mnie wlepiając we mnie spojrzenie tych wielkich, zielonych oczu.
Byłam roztargniona i kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Eleanor czytała ze mnie jak z otwartej książki, a ja nie wiedziałam, jak temu zaradzić.
- Hę?- odparłam elokwentnie przenosząc na nią swoje nieprzytomne spojrzenie.
- Harrego. To naprawdę miły chłopak, powinnaś dać mu szansę.
Kobieta poklepała mnie lekko po udzie, po czym z gracją podniosła się z sofy i dając mi przelotnego buziaka w czoło odeszła prawdopodobnie kierując się do swojej sypialni.
- Tak.. To miły chłopak..- szepnęłam już bardziej do siebie, po czym wypuszczając powietrze z cichym świstem i odchylając głowę do tyłu spojrzałam na śnieżnobiały sufit.
Powinnam dać mu szansę. Ale czy on w ogóle jej chciał?
W końcu. Wybaczcie zwłokę, chujowość, marność i wszystko inne, za co potencjalnie można mieć do mnie pretensje ze względu na ten rozdział. XD Nie będę się rozpisywać, bo mam dziś do przeczytania i skomentowania kilka blogów, a rano muszę wstać, bo idę na dziarę (TAAAAAAAK KURWAAA, MUSIAŁAM SIĘ POCHWALIĆ XDDDDD btw co stres :o). Dlatego jedynie mogę serdecznie zachęcić Was do komentowania i powiedzieć "do następnego". :)
Enjoy! <3
ask
tumblr
WHOPPER
Subskrybuj:
Posty (Atom)